Jak wskrzesiłam dziadka Marksa

Pierwszy raz pojechałam na europejski trip w 1991 roku. Szramy po komunie były wtedy jeszcze całkiem świeże, a Wielki Świat nie zaczynał się w Słubicach. Co więcej Słubice i tereny byłego NRD omijało się wtedy dużym łukiem, bo podobno tam bili.

Wielki Świat zrobił nam wtedy tę uprzejmość, że zniósł wizy i żeby pojechać zobaczyć Paryż wystarczył paszport, który ku zdumieniu wszystkich, można było trzymać w szufladzie.
Paszport okazywało się na granicach, ale Oni mieli już chyba jakieś Schengen, bo na granicy niemiecko-francuskiej udało mi się spowodować spory korek, kiedy zostawiłam samochód na środku drogi, wysiadłam i uparłam się komuś pokazać paszport. Łatwo nie było, żywego ducha w tych budkach nie znalazłam i pojechałam w końcu bez pieczątki z poczuciem popełniania jakiegoś potężnego wykroczenia. Dzięki tej samej lekkomyślności krajów zachodnich, dwa tygodnie później wjechałam do Szwajcarii, do której wizy trzeba było mieć, samochodem na francuskich numerach. Ale to inna historia.

Jak teraz myślę o tej podróży, to robi mi się troszkę słabo. Jechałyśmy we trzy osoby, maluchem, na dachu mieliśmy wczesny prototyp skrzyni Thule, czyli przywiązaną na sztywno tekturową walizkę, pamiętającą chyba dwudziestolecie międzywojenne. Poza tym miałyśmy namiot, butle gazowe i cały bagażnik malucha artykułów spożywczych o przedłużonej trwałości. Przyznam, że jak teraz pakuję kampera na czterotygodniowy wyjazd, to mam wrażenie, że nie tylko zrobiłam karierę od pucybuta do milionera, ale dodatkowo mam w życiu cholernie dużo szczęścia. I, że wtedy w tego kampera na pewno bym nie uwierzyła.


Walizka była opakowana w torbę po rowerze Wigry 3.

Echa tej podróży pojawiają się w moim życiu dość często, bo przejechanie sześciu i pół tysiąca kilometrów przez Pragę, Norymbergę, Paryż, Chamonix, Laurowe Wybrzeże, Rzym, Wenecję i Wiedeń, przeładowanym maluchem, który był uprzejmy czternaście (słownie czternaście) razy się zepsuć, to było naprawdę traumatyczne przeżycie.

Jednym z etapów była wizyta u znajomych na pograniczu francusko-szwajcarskim. Znajomi postanowili zrobić nam frajdę i zafundowali nam wjazd kolejką na Aiguille du Midi, czyli jeden ze szczytów w masywie Mont Blanc.

Byłam wtedy u szczytu swojego obłędu związanego z górami i wspinaniem, więc lepszego prezentu zrobić mi nie mogli. Czułam się też Strasznie Wielkim Taternikiem i co sie z mojej biednej matki ponaśmiewałam po drodze, to moje. Że zaraz się w tych klapkach zabije, że dużej góry z bliska nie widziała, że choroba wysokościowa zaraz ją pokona. Jak wiadomo ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Cokolwiek nadprzyrodzonego te moje szyderstwa słyszało, zemściło się srodze i postanowiło przeciągnąć mnie pod kilem mojej własnej złośliwości.

Po wjechaniu zdziwiło mnie, że jeden podest jest zajęty przez śpiących pokotem ludzi, ale nie miałam czasu się tym zająć — zwiedzałam. Góra piękna, pogoda wspaniała, widoki prześliczne. Moje ADHD dało o sobie znać i latałam po stacji kolejki jak tchórzofretka na sterydach, robiąc tyle zdjęć na ile mi pozwoliła ilość posiadanej kliszy. Przypominam rok był '91, więc nawet lustrzankę wtedy nie każdy miał...

Latałam po stacji do czasu... Wjazd z Chamonix (1035 m n.p.m.) na szczyt 3842 m n.p.m. musiał zaboleć. Jeśli do tej pory o chorobie wysokościowej słyszałam w teorii, tak miałam okazję obejrzeć ją z bliska i wszystkie szyderstwa odpokutować.
Złożyło mnie miej więcej godzinę po wjechaniu na szczyt. Jeśli kiedykolwiek przedtem i kiedykolwiek potem bolała mnie głowa, tak Aiguille du Midi uważam za punkt odniesienia. Bardziej nie bolała mnie nigdy. Tramalu nie miałam, ketonalu też nie. Aspiryna nie działała. Zresztą ani lekarstwa, ani nawet płyny nie trzymały się mnie przesadnie długo, więc może lepiej, że nic nie miałam.

Bilety na kolejkę sprzedawano na określone godziny wjazdu i zjazdu, więc efekt był taki, że ten podest zajęty przez śpiących ludzi był miejscem spoczynku tych nieodpornych na gwałtowne zmiany ciśnienia. Tamże, skruszona, zaległam i ja. Nie muszę oczywiście dodawać, że moja mać nie zaległa nigdzie, pijąc kawę i paląc kolejnego papierosa, lekko znudzona, jak zawsze, bez wysiłku doczekała do naszej godziny odjazdu.

A ja siedząc na peronie stacji czułam się jakbym czymś bardzo ciężkim dostała w głowę nie raz, ale 3842 razy. Stacja była wykuta w skale i echo niosło się w niej uczciwie. Musiała mnie już wtedy ta głowa przestać boleć, bo ciosów odbiciami wrednych fal dźwiękowych nie pamiętam, ale zapewne nie czułam się jeszcze do końca dobrze, bo pohukiwania hop hop dość szybko mi się znudziły i postanowiłam przetestować akustykę pomieszczenia.

Tu warto nadmienić, że natura wyposażyła mnie w bardzo donośny głos, obejmujący ponadnormatywna skalę, wrodzoną umiejętność emisji dźwięku z przepony i relatywnie duże płuca, co do kupy sprawia, że mogę się drzeć bardzo głośno, bardzo długo i bardzo donośnie. Żeby nie było za dobrze nie wyposażyła mnie niestety, w najmniejszy nawet ślad słuchu muzycznego. Mówiąc krótko — jak próbuję śpiewać, efekt jest iście piorunujący.

W wyniku powyższych niedoborów melodie, które jestem w stanie odtworzyć tak, żeby postronny słuchacz wiedział, co śpiewam nie mogą być zbyt skomplikowane. Szczególnie dobrze wychodzą mi pieśni patriotyczne i hymny podniosłe typu Warszawianka czy Marsylianka, Oda do radości, hymn ZSRR i ... Międzynarodówka. No, właśnie.

Siedząc w świetnej akustyce kolejki na Mont Blanc, z głową po której myśli obijały się jak echo po skałach, nagle ni z tego ni z owego, na całe gardło zaśpiewałam Międzynarodówkę. Zaśpiewałam, to łagodnie powiedziane — pełną piersią wydarłam się na cały regulator w jaskini pełnej ludzi czekających na kolejkę.

Ludzie zamilkli, część zaczęła się nerwowo śmiać, a ja nie zniechęcając się doszłam do refrenu. I wtedy dziadek Marks ze wzruszenia poruszył się w grobie. Stojący obok mnie ludzie zaczęli tę Międzynarodówkę śpiewać razem ze mną — każdy w swoim języku. Słyszałam niemiecki, francuski, włoski, angielski i rosyjski. A i to chyba nie wszystko. Tak nam się spodobało, że zaśpiewaliśmy chórem jeszcze raz, pointegrowaliśmy się w mieszance języków europejskich i doczekaliśmy się w końcu na tę kolejkę.
Musiałam potem w kolejce wyjaśniać, że nie, nie jestem komunistką i tak, my Polacy naprawdę nie lubiliśmy komuny. Tylko tak jakoś mi się tu samo zaśpiewało...

Od tego czasu jak słyszę Międzynarodówkę, nie przypominają mi się mroczne czasy, kiedy to w telewizji puszczano utwór z okazji zjazdów Partii i pogrzebów pierwszych sekretarzy, ale przypominają mi się Alpy, słoneczny szczyt Południowej Iglicy i koszmarny ból głowy, który wyleczyłam prawdziwym, socjalistycznym internacjonalizmem.
Czego i Wam życzę.

Widzowie bierni i czynni

Kiedy byłam małą dziewczynką z kretyńską grzywką Dziwnej Emilki, byłam święcie przekonana, że moja Babcia jest wielką admiratorką talentu Luisa de Funes. Nie były to czasy torrentów i YT, dostarczających dowolny film w dowolnie krótkim czasie. Dobro było dawkowane w dwóch, czarno-białych kanałach, z czego program 2 działał tylko przez kawałek doby. Niemniej filmy z Luisem się zdarzały, zazwyczaj w dziwnych godzinach, więc oglądałyśmy je z Babcią, bo matka zdaje się wtedy zwykle była w pracy.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że Babcia umarła, jak miałam dwanaście lat, więc nasze seanse musiały się odbywać znacznie wcześniej, a śmiałyśmy się obie tak, że nie wiem jak Babcię, ale mnie całkiem konkretnie bolał potem brzuch.
Wiele lat później dowiedziałam się, że Babcia wcale nie śmiała się z filmu, ba, nawet go nie oglądała. Babcia śmiała się z tego jak ja się śmieję. Poczułam się trochę wykorzystana.

Wtem minęło dwanaście strzałów znikąd i ehmdziesiąt lat i poczułam się tak samo. Zamiłowanie do filmów z Luisem mi przeszło, sentyment do Najgorszych Filmów Świata pozostał, a na co dzień chętniej oglądam telewizję informacyjną (nie będzie reklamy) niż produkty zarówno rodzimej i obcej kinematografii.
I tak oto dotarło do mnie, że mój osobisty AJS, mający obojętnie zainteresowany stosunek do polskiej polityki, bardzo lubi oglądać nie newsy i wystąpienia naszych polityków, ale moje reakcje na nie i nie do końca nadające się do publikacji komentarze, które głośno wyrażam w stronę telewizora.

Może ja powinnam zainteresować się postawieniem podcastu w którym będę okazywała światu moje żywe zainteresowanie polityką? Sądząc z radosnego, pełnego aprobaty chichotu, który niesie się po mieszkaniu przy wystąpieniach niektórych polityków, sukces mam gwarantowany.

Oś symetrii jest krzywa czyli jeszcze o 11.11

Bojówki zrujnowały Warszawę. Prawica pobiła się z lewicą. Prawicowi bojówkarze starli się z lewakami, do tego z importu. Z prawej strony internetu, w mniej lub bardziej obłąkanych serwisach i platformach blogowych obraz świata jest prosty i nieskomplikowany: owszem kilku kibiców zwaśnionych drużyn się zirytowało i zachowali się niegrzecznie, ale te lewicowe bojówki z Niemiec, co zdemolowały miasto, to naprawdę jest problem, nie dość, że zniszczyli nasze przepiękne święto to wyrywali bruk. W miarę klasyk i norma. Ale jak medialny meinstrim jest w stanie wyprowadzić prostą symetrię albo przynajmniej jakąkolwiek analogię między setkami rozsierdzonych kiboli, którzy faktycznie zdemolowali miasto, a szeroko pojętym lewactwem, to trzeba mieć optyczne wyrównywanie symetrii w oku.

Top Secret

Spróbowałam to sobie poukładać.

Lewackie bojówki ganiały po Nowym Świecie.
True. Ale zdaje się, nic nie zdemolowały i bez specjalnego oporu dały się zdjąć policji. I już o 13:00 słynni Niemcy siedzieli na komendzie. Zresztą wypuszczeni w większości bez zarzutów.

Niemcy zaatakowali grupę rekonstrukcyjną.
True. Jakaś zadyma była. Mam wrażenie, że z obopólną aprobatą. Dramat, przemarsz ekip rekonstrukcyjnych musiał przejść zmienioną trasą, a jeden uczestnik doznał oplucia polskiego munduru przez Niemca. No dobra, to słabe, ale dalej nie ma demolki i agresywnego tłumu.
False. Brak pokrzywdzonych, a jedyna ofiara okazała się trochę naciągana i nie do końca wiarygodna.

Nie wiem jak wygląda pobicie, ale dwóch na jednego, w dodatku z kolbami, to banda łysego.
Za Kontakt24
(tutaj więcej)

Na Placu Konstytucji lewacy pobili się z kibolami.
False. Lewacy stali w rządku, za kordonem policji, a kibole rzucili się na policjantów jeszcze zanim Marsz wyruszył. Nie było bitwy lewaków z kibolami, był szturm kiboli na policję.
Nigdzie w całym internecie, również prawicowym nie ma zdjęcia czy filmu na którym lewacy demontują kostkę Bauma albo z użyciem konkretnych narzędzi tłuką policję, dziennikarzy i szyby wystawowe, samochody i przypadkowych przechodniów. A lewacki prowokator, który strzelił w dziób fotoreportera, poszukiwany przez prawicową blogosferę, okazał się kibicem Legii. Gratulacje, chłopaki, well done.

Gdyby nie było wiecu na Marszałkowskiej kibole by nie zaatakowali.
False. Kibole na swoich forach ustawiali się na pranie "psów" i gdyby tam nie było Kolorowej, poszliby z kamieniami na policję. Tak jak na pl. Na Rozdrożu, gdzie lewaków nie było, a demolka owszem. Zapewne zarówno lewakom, jak i TVN24 się należało, ale dalej mam wrażenie, że gubimy perspektywę, kto tu jest ofiarą.

Blokada legalnej, zgłoszonej manifestacji jest nielegalna.
True. Nikt nie blokował. Na Marszałkowskiej odbył się legalny wiec, który wprawdzie sprzeciw miał okazać, ale zablokował niewiele, bo trasa marszu nie była znana i prawdopodobnie od początku miała prowadzić Waryńskiego, Spacerową, koło prawicowych fetyszy w postaci ambasady Federacji Rosyjskiej i siedziby Uzurpatora Prezydenta Komorowskiego, aż do ich ulubionego Dmowskiego.

Kolorowa Niepodległa zablokowała przemarsz i wyzwoliła agresję kiboli.
False. Nic nie zablokowała, a kibole przyszli wyłącznie, żeby się sprawdzić w boju, jak piszą na swoim forum — przed EURO 2012.

Gdyby nie było Antify kibole by nie atakowali Kolorowej.
False. Przyszliby pobić pedałów.

Odziana na czarno Antifa na peryferiach wiecu Kolorowej tłukła kiboli i stwarzała dysonans kolorystyczny z deklaratywnym.
False. Stałam na tychże peryferiach i to kibole przybiegali tłuc Antifę. I wprawdzie Antifa wcale była nie od tego, to karnie cofała się i pozwalała Policji robić co do niej należało.
True. Mogli się ubrać bardziej kolorowo.

Antifa obroniła Kolorową
False. Kolorową obroniły trzy kordony oddziałów prewencji.

Zatem, jeśli jeszcze raz usłyszę o symetrii, dwóch walczących grupach, walkach lewaków z prawakami, zwalczających się środowiskach, które zdemolowały miasto, to oflaguję się, przykuję albo pójdę coś zablokować. Bo symetrii nie ma.
Kibole przyjechali na Marsz Niepodległości, żeby wywołać burdę. I naprawdę bardzo chciałabym wierzyć, że żaden z organizatorów o tym nie wiedział. Bo na własne uszy słyszałam (chyba) Winnickiego, który przed Marszem opowiadał, że za ochronę Marszu i oprawę pirotechniczną odpowiadają zaprzyjaźnione kluby kibicowskie. Faktycznie, oprawę im zrobili wystrzałową.
Kibole zdemolowali Warszawę.
Kibole rzucali racami i kamieniami w policje i rzucali by w nas, gdyby nie policja.
Kibole pobili policjantów.
Kibole zniszczyli samochody policyjne i wozy transmisyjne.
Kibole tłukli dziennikarzy.
Kibole polowali na ludzi w metrze.

Lewacy opluli mundur i biegając po Nowym Świecie spowodowali konieczność zmiany trasy przemarszu ekip rekonstrukcyjnych. I wzięli udział w zgromadzeniu.

Symetria -1. CDBU.

Mazury. Euro 2012 inspired.

Szczęśliwie Mazury nie wygrały. Zadałam sobie trud i ku zdumieniu hurrapatriotów, pracowicie głosowałam na Amazonkę. A dlaczego? To akurat dosyć proste. Zdumiewa mnie tylko fakt, że w akcję dobicia Mazur włączyli się artyści, politycy i ludzie, na pierwszy rzut oka umiejący wnioskować.

Mazury nie są żadnym cudem, a już na pewno nie większym niż kilkaset tysięcy kilometrów kwadratowych Finlandii, z czego 10% to wody śródlądowe. Mówiąc krótko, dla nas Mazury są cudem, ale przywieziony tu Fin umrze ze śmiechu, że wytrząsamy się nad całkiem zwyczajnym spłachetkiem

Mazury są brzydkie, bo małe. Ponieważ każdy warszawiak chce mieć tu daczę, a prawo budowlane i ustawa o ochronie środowiska, to raczej luźne sugestie niż prawo, Mazury wyglądają, jak wyglądają — są upstrzone paskudnymi latyfundiami tuż przy linii brzegowej.

Mazury są nasze, jeszcze kawałkami dzikie i piękne. Jeśli ogłosimy je cudem przyjedzie tu jeszcze więcej ludzi. Owszem dacze warszawiaków zyskają na wartości jako nieruchomości, stojące na terenie Cudu Natury, ale gdzieś trzeba będzie wybudować hotele dla zagranicznych gości, którzy z całkowicie niezrozumiałych powodów nie chcą mieszkać w wynajętym pokoju u pani Kazi, z dostępem do łazienki gospodyni, gdzie można zwiedzać suszącą się jej zdumiewającą bieliznę, i ciepłą wodą w soboty. Przez godzinę. Ergo na miejscu dacz warszawiaków staną wielkie hotele, które w związku ze wspomnianymi luźnymi sugestiami będą spuszczały ścieki do jezior i dumnie eksponowały pastelowe elewacje i okna z PCV w linii brzegowej. Las jest przereklamowany.

Jak już będziemy mieć te hotele, ewentualnie przekonamy gości zagranicznych, że pokój kątem u pani Kazi ma wartość dodaną jak mieszkanie w rezerwacie Indian, to oni faktycznie przyjadą. I będzie ich dużo. Po lesie przejdą tysiące stóp, na wodę wypłynie tysiące łódek, wyrzucających tysiące śmieci, robiące tysiące kup i odpalające tysiące wzmacniaczy z muzyką. Nie mam raczej fobii społecznej, ale na myśl o tym robi mi się słabo.

Nie chcę, żeby Mazury rozkopano i budowano tam drogi. Co nie znaczy, że drogi by się nie przydały, ale jak zaczniemy, to patrząc na to jakie mamy tradycje budowlane w Polsce, przez następne dziesięć lat wszystkie dojazdy na północ będą nieprzejezdne. A, że przy okazji sołtys wytnie kilka hektarów, żeby powiększyć areał szwagra. Życie. W Polsce.

Jednym słowem — wszystkie osoby, które zagłosowały przeciwko Mazurom, uratowały nam przepiękny kawałek kraju. Dziękujemy.

Ale pachniało, jak w osiemdziesiątym szóstym...

Wychowałam się w trudnych czasach i mam słabość do zadym. Przyznaję to z pewnym wstydem, ale specjalnie nie ukrywam. Na wszelki wypadek, zabieram aparat fotograficzny i udaję, że nie rusza mnie Bractwo PifPaf.
Dzisiaj też poszłam manifestować, bo ideologicznie nie miałam specjalnych wątpliwości, że mimo odebranego, starannego wychowania patriotycznego, patriotyzm postrzegam raczej jako wyrzucanie papierków do śmietnika, segregację śmieci i płacenie podatków w kraju ojczystym, niż palącą potrzebę machania biało-czerwoną i puszczania rac. Niby pomachać mogę, ale żeby z łysymi, to już nie. A, że dodatkowo życiu nie udało się wepchać mnie w kwadratowe ramy panienki z dobrego domu, urodzonej w drugiej połowie dwudziestego wieku, to cieszy mnie świat kolorowy, różnorodny, nietypowy, z miejscem na dowolny odlot. A nie cieszy mnie bycie matką Polką, martyrologicznie cierpiącą i rodzącą kolejne pokolenia obrońców ojczyzny.
Z tymi nowymi pokoleniami też nie było dzisiaj najlepiej, bo okazało, się, że blokada, blokadą, a ja tu nagle jestem niańką trójki siedemnastolatków, z których najniższe było ode mnie wyższe o pół głowy, a własne, w potrzebie, podnosiło mnie pół metra w górę. Tłukłam do durnych głów gdzie na pewno nie należy włazić, z czym nie należy się przesadnie obnosić w metrze i dlaczego nie usiądę koło tego łysego pana, tylko koło pani z dzieckiem.

Nie maszerowałam, nie biłam się. Zadymę na placu Konstytucji widziałam z bezpiecznej wysokości parapetu restauracji na Marszałkowskiej, ale stałam metr od Antify i jakoś "prowokacji" nie zauważyłam. Być może wszystkich agresywnych wyłapali na Nowym Świecie (tam nie byłam), a schludnie na czarno odziani młodziankowie na Marszałkowskiej nie planowali dymić, ale spokój był.
Za to uczestnicy tzw. Marszu Niepodległości naprawdę nieźle się się przedstawili przed milionami telewidzów. Nie ma jak demolka z okazji niepodległości, rękami świeżo dowiezionych patriotów z Białegostoku. Ciekawa za to jestem, kto napuścił niemieckich anarchistów na przemarsz ekip rekonstrukcyjnych, bo wychodzi mi, że albo jakaś piąta kolumna, albo oni głupawi z urodzenia, bo wybrali ich z tego Nowego Świata, jak dojrzałe ulęgałki z koszyczka.

Patrioci to dzielni są. Zatrzymani przy placu Konstytucji przez wredne oddziały prewencji i ich samobieżne prysznice, przegrupowali się, zaszli od flanki i wleźli na Antifę. Zagoniłam młodzież najpierw pod ścianę, a potem na środek placu, bo spodziewałam się ostrej wojny, a znaleźliśmy się jakoś tak niekomfortowo na trasie między Antifą, kibolami, a oddziałem prewencji. I to był moment kiedy zdziwiłam się naprawdę, bo Antifa na widok oddziału prewencji, który przemieszczał się celem spacyfikowania kiboli, grzecznie się odsunęła i zrobiła miejsce. Więc byłam, widziałam, prowokacji nie stwierdziłam.

Blokada ewoluowała, w zeszłym roku było mordobicie i nieudolna próba nie wypuszczenia Marszu z placu Zamkowego. W tym – nie wypuszczenie Marszu do Centrum Warszawy. I to się udało.
I nie chcę słuchać o tym, że ze wszystkich stron są elementy tak samo agresywne, bo widzę różnicę między ustawkami miłośników mordobicia, a wyłapywaniem i praniem młodzianków ubranych w inne szaliczki, niż panowie po chemioterapii. I mam nadzieję, że w przyszłym roku Marsz Niepodległości będzie Paradą Niepodległości, w której pójdzie, kto chce, a nie pretekstem do zwiezienia do Warszawy kiboli z całej polski i wojny z policją.

Veto

To jest wyłącznie moja opinia i ja się z nią zgadzam...

Jestem subordynowanym obywatelem i zawsze głosuję, nawet jak się potem sobą trochę brzydzę. Namawiam, ewangelizuję, uważam, że to nie prawo, ale obowiązek. Jeśli chcemy mieć demokrację, a jak wiadomo nic lepszego jeszcze nie wymyślono, to skutki tej demokracji raz na cztery/pięć lat musimy ponosić. Prawo to mam kandydować, a pokazać palcem kogo chcę, a kogo nie chcę, to muszę.
Złości mnie, że ludzie bojkotują system, władzę i panujące zasady, nie idąc na wybory, bo to równie skuteczne, jak mrożkowe "Jak walczyłem", czyli napisanie w kiblu ołówkiem precz. Rozumiem za to oddanie nieważnego głosu, jeśli nie znalazło się nikogo z sensem, ani nie ma się ulubieńca przeciw któremu chce się zatupać.

I równie rasowo i ogniście irytuje mnie, mówiąc eufemistycznie, opowiadanie bzdetów, że to święto demokracji i dzień w którym mamy takie same prawa jak prezydent i premier. Otóż, jeśli mam jakieś prawa jak prezydent to ja bym sobie jutro, koło południa, coś zawetowała albo w ostateczności grzmotnęła dekrecik.
Bo mam takie same prawa.

Społeczny terroryzm

Znam ludzi podkarpacko biednych, znam rozpaczliwie bezrobotnych, znam chorych na paskudne dolegliwości, którym NFZ nie refunduje leczenia, a oni nie mają kilku tysięcy miesięcznie i kończą na wózkach. I nikt z nich nie rzuca się na szyję premierowi, nie podpala pod Kancelarią Sejmu, nie wpada na mównicę na partyjnych konwentach.
Słyszałam kiedyś, że był kraj w którym nie było porwań. Dlaczego nie było? Bo nie negocjowali z terrorystami. Brutalne, skuteczne i paradoksalnie w efekcie bezpieczniejsze. Wkalkulowanych ofiar było w ostatecznym rozrachunku mniej niż przypadkowych.

I zgrzyta mi trochę światopogląd, jak patrzę na wysoką skuteczność niekonwencjonalnych zachowań. I wyje mi syrena alarmowa w duszy, że teraz "Tuskobus" będzie oblegany przez osoby, dla których położenie się krzyżem przed premierem wydaje się jedyną szansą na poprawę jakości życia. Co gorsza wielokrotnie mają rację. Wystarczy dopchać się na pierwszą linię, pomachać papryką albo kupić butelkę rozpuszczalnika.

Pomoc dwóm osobom nie naprawi sytuacji. Jest jeszcze milion osób, które analogicznej pomocy wymagają. Tylko nie umiały się dopchać, uważały, że bardziej pomogą rodzinie jako mężowie i ojcowie, a nie jako pochodnie Nerona. Teraz ze wszystkich stron politycy będą odcinali populistyczne kupony od pomocy dziesięciu osobom, a przymus politycznej poprawności, piar i sztaby marketingowców wymuszą pozorne działania. Które nic nie zmienią.

Nie jestem entuzjastką spiskowych teorii dziejów i nie podejrzewam, że jakikolwiek sztab poszedł do byłego milicjanta z ofertą: pan się, panie Kaziu, podpali pod URMem, a my potem pomożemy, tak już nie mam takiego przekonania jeśli chodzi o żyjącego w nędzy pana z papryką i telewizorem plazmowym, bo robi wrażenie tak zwanej cwanej gapy i pani rzucającej się ze szlochem pod "Tuskobus". To chyba najobrzydliwsza kampania odkąd pamiętam, a oficjalnie bojkotowałam już słynne Pierwsze Referendum.

Sobotni poranek inspiruje Fakt i SuperExpress, co stwarza pewne nadzieje, iż jest humbugiem.

Nie rozumiem o co chodzi z sześciolatkami

Poszłam do szkoły jako zdolny sześciolatek. To był błąd, bo okazałam się mniej zdolna niż papiery głosiły, a już na pewno kompletnie emocjonalnie nieprzystosowana do sytemu edukacji połowy lat '70. Młody jako pięciolatek czytał do poduszki "Rumcajsa", a idąc do szkoły jako prawie siedmiolatek, bo urodzony pod koniec roku, poziom czytania, pisania, że o liczeniu nie wspomnę, miał górnych strefach stanów wysokich, rok wcześniej też by sobie spokojnie poradził, więc chęć kształcenia sześciolatków zupełnie mnie nie dziwi, mimo, że dotyczy raczej teoretycznie.

Wychodzi mi za to z obliczeń, że jeżeli w obecnie istniejący, durny, system (sześć lat podstawówki, trzy gimnazjum, trzy umownego liceum), wrzucimy sześciolatki, to te urodzone po pierwszym maja będą zdawały maturę jako siedemnastolatki. Co daje nam za chwilę całe pokolenie niepełnoletnich z wykształceniem średnim i zdanym egzaminem dojrzałości. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że studia nie są obowiązkowe i z takim wykształconym siedemnastolatkiem nie bardzo wiadomo, co zrobić, bo zatrudnić legalnie nie bardzo można, a kształcić na siłę nie bardzo jest jak. Może się też to wiązać z zabawnymi sytuacjami, że świeżo upieczony pracownik, zaświadczenie o zdolności do pracy będzie przynosił od lekarza pierwszego kontaktu — pediatry.

Trwałam, w nieco błędnym, przekonaniu, że owo posłanie sześciolatków do szkoły, gdzie są za duże ławki, jest kwestią wprowadzenia obowiązkowej zerówki w szkołach i obowiązkowego wysłania tam sześciolatków, żeby te różnice o których mówią nauczyciele od początkowych mniej musieli wyrównywać. Zabieranie dzieciństwa i ergonomia w ogóle mnie nie przekonuje, bo moje drobne dziecko, idąc do szkoły wyglądało jak jego pięcioletni koledzy, siedząc na krześle, nogami do podłogi zaczął dosięgać gdzieś w połowie drugiej klasy i jakoś dramatycznie się to nie odbiło na jego psychice. Zastanawiam się tylko, jaki jest cel przesunięcia edukacji w fazie.
Można też wydłużyć o rok szkoły zawodowe, żeby do tych tokarni szli pracować ludzie dorośli, ale ponieważ szkołę średnią wybierają przygłupie trzynastolatki i ich rodzice, może okazać się, że ktoś poszedł do liceum, maturę pokonał, bo trudna nie jest, a na studia iść nie chce. Czyli co? Rodzice czy zasiłek przechowawczy do osiemnastki?

Reforma edukacji jest konieczna, ale zaczęłabym od Wieków Mrocznych, czyli gimnazjum, które źle trafione, rejonowe, może trwale zdemolować człowieka w najgłupszym wieku. No i z tego co słucham, raczej nie powierzyłabym tego pani minister Hall, która nie tylko fryzurę ma nietrafioną, ale chyba i posadę. Nigdy nie myślałam, że to napiszę, ale tęsknię za Łybacką.

Minister Sikorski daje słowo...

Powstanie, według mojego osobistego poglądu, nie miało nawet teoretycznej szansy na sukces, bo nawet jakby osiągnęło swoje cele wojskowe, to nie miało szansy na osiągniecie celów politycznych, bo los polski był już przesądzony przez mocniejszych od nas. I dlatego uważam, że moja rola jako polityka dzisiaj, jest /.../ analizować błędy i upewniać Polaków, że dzisiaj nie będziemy podejmować tak ryzykownych decyzji, że nie będziemy szafować polskimi zasobami.

O ile zrozumiałam, mój ulubiony minister Sikorski Radosław, w dzisiejszej porannej audycji radia TokFM, około dwunastej minuty nagrania, obiecał, że nie planuje wywołać żadnego powstania. To jakże cenna i jakże uspokajająca deklaracja.

Mam też wrażenie, że ci mocniejsi którzy zastosowali wobec nas w 1944 roku kilka mało politycznych rzeczowników, na których minister Sikorski wybrzydza, to ci sami mocniejsi z którymi się teraz radośnie miziamy, bierzemy udział w ich wojnach oraz twierdzimy, że od nich zależy "nasze bezpieczeństwo". Może ja jestem stara i mam za złe, ale coś mi mówi, że jakby przyszło co do czego, to z rzeczy na które mogę liczyć to jest dobra piwnica, bo "sojusznicy" to w polityce pojęcie bardzo relatywne.

Jakbym zapomniała...

... to sobie poczytam.

  • likwidacja KRUSu
  • legalizacja związków partnerskich
  • refundacja in-vitro

Na początek powinno wystarczyć, przed następnymi wyborami. W bonusie pogodna, opromieniona łaską, twarz posła Gowę i już wiem na jaką partię na pewno nie zagłosuję.

Starsze wpisy >>

Mechaniczna pomarańcza


Szukajka