Jak wskrzesiłam dziadka Marksa

Pierwszy raz pojechałam na europejski trip w 1991 roku. Szramy po komunie były wtedy jeszcze całkiem świeże, a Wielki Świat nie zaczynał się w Słubicach. Co więcej Słubice i tereny byłego NRD omijało się wtedy dużym łukiem, bo podobno tam bili.

Wielki Świat zrobił nam wtedy tę uprzejmość, że zniósł wizy i żeby pojechać zobaczyć Paryż wystarczył paszport, który ku zdumieniu wszystkich, można było trzymać w szufladzie.
Paszport okazywało się na granicach, ale Oni mieli już chyba jakieś Schengen, bo na granicy niemiecko-francuskiej udało mi się spowodować spory korek, kiedy zostawiłam samochód na środku drogi, wysiadłam i uparłam się komuś pokazać paszport. Łatwo nie było, żywego ducha w tych budkach nie znalazłam i pojechałam w końcu bez pieczątki z poczuciem popełniania jakiegoś potężnego wykroczenia. Dzięki tej samej lekkomyślności krajów zachodnich, dwa tygodnie później wjechałam do Szwajcarii, do której wizy trzeba było mieć, samochodem na francuskich numerach. Ale to inna historia.

Jak teraz myślę o tej podróży, to robi mi się troszkę słabo. Jechałyśmy we trzy osoby, maluchem, na dachu mieliśmy wczesny prototyp skrzyni Thule, czyli przywiązaną na sztywno tekturową walizkę, pamiętającą chyba dwudziestolecie międzywojenne. Poza tym miałyśmy namiot, butle gazowe i cały bagażnik malucha artykułów spożywczych o przedłużonej trwałości. Przyznam, że jak teraz pakuję kampera na czterotygodniowy wyjazd, to mam wrażenie, że nie tylko zrobiłam karierę od pucybuta do milionera, ale dodatkowo mam w życiu cholernie dużo szczęścia. I, że wtedy w tego kampera na pewno bym nie uwierzyła.


Walizka była opakowana w torbę po rowerze Wigry 3.

Echa tej podróży pojawiają się w moim życiu dość często, bo przejechanie sześciu i pół tysiąca kilometrów przez Pragę, Norymbergę, Paryż, Chamonix, Laurowe Wybrzeże, Rzym, Wenecję i Wiedeń, przeładowanym maluchem, który był uprzejmy czternaście (słownie czternaście) razy się zepsuć, to było naprawdę traumatyczne przeżycie.

Jednym z etapów była wizyta u znajomych na pograniczu francusko-szwajcarskim. Znajomi postanowili zrobić nam frajdę i zafundowali nam wjazd kolejką na Aiguille du Midi, czyli jeden ze szczytów w masywie Mont Blanc.

Byłam wtedy u szczytu swojego obłędu związanego z górami i wspinaniem, więc lepszego prezentu zrobić mi nie mogli. Czułam się też Strasznie Wielkim Taternikiem i co sie z mojej biednej matki ponaśmiewałam po drodze, to moje. Że zaraz się w tych klapkach zabije, że dużej góry z bliska nie widziała, że choroba wysokościowa zaraz ją pokona. Jak wiadomo ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Cokolwiek nadprzyrodzonego te moje szyderstwa słyszało, zemściło się srodze i postanowiło przeciągnąć mnie pod kilem mojej własnej złośliwości.

Po wjechaniu zdziwiło mnie, że jeden podest jest zajęty przez śpiących pokotem ludzi, ale nie miałam czasu się tym zająć — zwiedzałam. Góra piękna, pogoda wspaniała, widoki prześliczne. Moje ADHD dało o sobie znać i latałam po stacji kolejki jak tchórzofretka na sterydach, robiąc tyle zdjęć na ile mi pozwoliła ilość posiadanej kliszy. Przypominam rok był '91, więc nawet lustrzankę wtedy nie każdy miał...

Latałam po stacji do czasu... Wjazd z Chamonix (1035 m n.p.m.) na szczyt 3842 m n.p.m. musiał zaboleć. Jeśli do tej pory o chorobie wysokościowej słyszałam w teorii, tak miałam okazję obejrzeć ją z bliska i wszystkie szyderstwa odpokutować.
Złożyło mnie miej więcej godzinę po wjechaniu na szczyt. Jeśli kiedykolwiek przedtem i kiedykolwiek potem bolała mnie głowa, tak Aiguille du Midi uważam za punkt odniesienia. Bardziej nie bolała mnie nigdy. Tramalu nie miałam, ketonalu też nie. Aspiryna nie działała. Zresztą ani lekarstwa, ani nawet płyny nie trzymały się mnie przesadnie długo, więc może lepiej, że nic nie miałam.

Bilety na kolejkę sprzedawano na określone godziny wjazdu i zjazdu, więc efekt był taki, że ten podest zajęty przez śpiących ludzi był miejscem spoczynku tych nieodpornych na gwałtowne zmiany ciśnienia. Tamże, skruszona, zaległam i ja. Nie muszę oczywiście dodawać, że moja mać nie zaległa nigdzie, pijąc kawę i paląc kolejnego papierosa, lekko znudzona, jak zawsze, bez wysiłku doczekała do naszej godziny odjazdu.

A ja siedząc na peronie stacji czułam się jakbym czymś bardzo ciężkim dostała w głowę nie raz, ale 3842 razy. Stacja była wykuta w skale i echo niosło się w niej uczciwie. Musiała mnie już wtedy ta głowa przestać boleć, bo ciosów odbiciami wrednych fal dźwiękowych nie pamiętam, ale zapewne nie czułam się jeszcze do końca dobrze, bo pohukiwania hop hop dość szybko mi się znudziły i postanowiłam przetestować akustykę pomieszczenia.

Tu warto nadmienić, że natura wyposażyła mnie w bardzo donośny głos, obejmujący ponadnormatywna skalę, wrodzoną umiejętność emisji dźwięku z przepony i relatywnie duże płuca, co do kupy sprawia, że mogę się drzeć bardzo głośno, bardzo długo i bardzo donośnie. Żeby nie było za dobrze nie wyposażyła mnie niestety, w najmniejszy nawet ślad słuchu muzycznego. Mówiąc krótko — jak próbuję śpiewać, efekt jest iście piorunujący.

W wyniku powyższych niedoborów melodie, które jestem w stanie odtworzyć tak, żeby postronny słuchacz wiedział, co śpiewam nie mogą być zbyt skomplikowane. Szczególnie dobrze wychodzą mi pieśni patriotyczne i hymny podniosłe typu Warszawianka czy Marsylianka, Oda do radości, hymn ZSRR i ... Międzynarodówka. No, właśnie.

Siedząc w świetnej akustyce kolejki na Mont Blanc, z głową po której myśli obijały się jak echo po skałach, nagle ni z tego ni z owego, na całe gardło zaśpiewałam Międzynarodówkę. Zaśpiewałam, to łagodnie powiedziane — pełną piersią wydarłam się na cały regulator w jaskini pełnej ludzi czekających na kolejkę.

Ludzie zamilkli, część zaczęła się nerwowo śmiać, a ja nie zniechęcając się doszłam do refrenu. I wtedy dziadek Marks ze wzruszenia poruszył się w grobie. Stojący obok mnie ludzie zaczęli tę Międzynarodówkę śpiewać razem ze mną — każdy w swoim języku. Słyszałam niemiecki, francuski, włoski, angielski i rosyjski. A i to chyba nie wszystko. Tak nam się spodobało, że zaśpiewaliśmy chórem jeszcze raz, pointegrowaliśmy się w mieszance języków europejskich i doczekaliśmy się w końcu na tę kolejkę.
Musiałam potem w kolejce wyjaśniać, że nie, nie jestem komunistką i tak, my Polacy naprawdę nie lubiliśmy komuny. Tylko tak jakoś mi się tu samo zaśpiewało...

Od tego czasu jak słyszę Międzynarodówkę, nie przypominają mi się mroczne czasy, kiedy to w telewizji puszczano utwór z okazji zjazdów Partii i pogrzebów pierwszych sekretarzy, ale przypominają mi się Alpy, słoneczny szczyt Południowej Iglicy i koszmarny ból głowy, który wyleczyłam prawdziwym, socjalistycznym internacjonalizmem.
Czego i Wam życzę.

O wakacjach też kiedyś napiszę...

Ale najpierw trzy słowa o kamperach. Czyli jak w jednym tekście zawrzeć większość rodzinnych bon-motów.

Na chorobę popromienną Lugol jest najlepszy

Są miejsca, które za mną chodzą. Nawet kiedy o nich nie myślę, nie planuję wyjazdów. Ale kiedy znalazłam się w świecącej złośliwie jadowitą zielenią Zonie, w rozkradzionej Prypeci, w wyludnionym Czarnobylu, to nawet nie miałam siły, żeby się ucieszyć. Chociaż Czarnobyl chodził za mną od 1986, kiedy na majowy weekend pojechałam na jeden z moich fajniejszych wyjazdów w Tatry. Jeden z fajniejszych, bo jeden z pierwszych. A potem umarło dziecko sąsiadów i mówili, że to przez promieniowanie.

Zgodnie z moim niesamowitym fartem w życiu, który pozwala mi w idealną precyzją trafiać w najmniej optymalne terminy, moja, nieco wadliwa soma, tydzień przed wyjazdem odmówiła współpracy. Metodą łagodnej perswazji i postawieniem w sytuacji braku wyboru udało mi się kapryśnej somie przeciwstawić. A może pomogła nie tyle perswazja, co założenie, że postura u mnie nikczemna, ale duch mocarny i najwyżej mnie za nogi do samolotu młody zawlecze.
Niestety ubocznym skutkiem tego było, że zamiast skupiać się na kadrze, wzrok miałam z lekka przymglony i skupiałam się na tym, żeby w miarę pion utrzymać. Posiłkowałam się w tym moją ulubioną laską teleskopową turystyczną, wychodząc z założenia, że z moim nieco chwiejnym krokiem z laską wyglądam jak niepełnosprawna ofiara, ale bez laski jak pijana. Na Ukrainie może to nawet nie raziło, ale jakoś nie miałam ochoty.

Przepędzili nas po stałych punktach programu: dom kultury, biblioteka, szkoła, przedszkole, basen, komisariat, poczta, szpital... Niektóre miejsca umiejętnie wystylizowane. Piętnaście minut, dwadzieścia, godzina, trzask, trzask, pstryk, bramka dozymetryczna, obiad... Wydeptane ścieżki dla zachodnich turystów. Nie pokazali elektrowni, co mnie może i nie dziwi, nie pokazali Oka Moskwy, nie pokazali też nic poza sprawdzonym kanonem turystycznym. Jakkolwiek głupio by to zabrzmiało w Czarnobylu, bo turystyka na wysokim poziomie tam kwitnie. Pokazali nam to, co wolno pokazać, ale nie dało się wywietrzyć smrodu Związku Radzieckiego.
Niestety rykoszetem cichym, acz uciążliwym, mojej wadliwej somy było to, że klatki z tego co mijałam mam w oczach, bo zdjęć wprawdzie zrobiłam dużo, ale wszystkie słabe. I mam wrażenie, jakby wszystko działo się obok mnie.

Całość przygnębia... Miłość i dobro, dla wszystkich, za darmo, miałam ochotę wrzeszczeć w pewnym momencie. Ale uczciwie mówiąc poza czającą się grozą wymarłych blokowisk, widziałam już bardziej dekoracyjne śmietniki i niszczejące gruzy, robiące większe wrażenie.
W Prypeci nie ma nic. Są puste, zrujnowane, kompletnie rozkradzione budynki. Spodziewałam się wymarłego miasta z którego dwadzieścia pięć lat temu wyszli ludzie. Oczekiwałam zaschniętej owsianki na talerzu, otwartej szafy w ubraniami, niepościelonego łóżka... A zastałam puste mury, rozkradzione ze wszystkiego, co zmieściło się w drzwiach. Widziałam wannę.
Przy ostrzeżeniu, żeby nie wychodzić na dach czy patio, dotarło do mnie, że te wszystkie wyniesione stąd radioaktywne wersalki gdzieś stoją, w ciuchach ktoś chodził, garnków używał. I przez chwilę zrobiło mi się słabo, bo widziałam miejsca do których nasz przewodnik nie chciał podchodzić, a licznik Geigera-Muellera terkotał wesoło.

Nie przeraża i nie boli pełzająca śmierć za progiem... Cały czas miałam w tyle głowy słowa Jacka. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą Strugackich w pdfie. I w sumie nie dziwiłam się miejscowym, którzy rok po katastrofie wrócili do swoich domów.

O tym, że coś może być nie tak świadczyły tylko żółte trójkąty z czerwonym kwiatkiem. Ograny symbol, groźniejszy niż się wydaje nastolatkom w zabawnych tiszertach. Kontrastująca z ponurym opuszczonym blokowiskiem obłędna, świeża wiosenna zieleń.

Od Piknik na skraju drogi

Jak mnie stacja benzynowa pokonała intelektualnie

Norweska stacja benzynowa przemówiła do mnie. Po norwesku. Poinformowała, że jest samoobsługowa i ona owszem Visę i Maestro używa.
Skamieniałam przed dystrybutorem z kartą, bo oprócz znajomego obrazka VISA nie było na dystrybutorze nic co by mi się kojarzyło z jakimkolwiek znanym słowem. Żeby moja klęska była pełna, z kampera wydobyła się rodzinapatologiczna w komplecie i jak na rumuńską rodzinę na wycieczce przystało, grzecznie stanęła za moimi plecami gapiąc się tępo i służąc radą. Rada ograniczała się do może tu naciśnij i doprowadzała mnie do szału.

Owszem przygotowałam się teoretycznie i wiedziałam, że najpierw wkładam, potem nalewam, potem jeszcze raz wkładam, ale jakoś w praktyce, to nie było takie trywialne.
Nieufnie gapiłam się na dystrybutor, modląc się w duchu o dwie rzeczy — żeby rodzinapatologiczna poszła debatować nad skrzynią z lodami oraz żeby żaden rozpaczliwie życzliwy Norweg nie podszedł mi pomagać. Bałam się nawet nie tego, że podobnie jak dystrybutor odezwie się do mnie po norwesku, ale tego, że cieć ze stacji benzynowej przemówi do mnie czystą angielszczyzną, niebo lepszą od mojej zabawnej odmiany Borat-English.
Bez przekonania spróbowałam wetknąć kartę w losowy otwór...
Młody, dziecko wychowane w internecie, dla którego języki nie dzielą się znane i nieznane, tylko słowa na mniej lub bardziej zrozumiałe, popatrzył na mnie z lekkim politowaniem, z westchnieniem wyjął mi z ręki kartę, którą już prawie-prawie wraziłam w, moim zdaniem najodpowiedniejszą, szczelinę i tonem człowieka znającego życie i dystrybutory, jęknął:
— To KWITERUNG, głupia...
... i pewnym ruchem, nie zważając na mój rozpaczliwy kwik, umieścił kartę w odpowiednim miejscu.
Trochę obrażona nalałam disla do pełna, a bak mam duży i już w połowie zaczęłam się zupełnie niepedagogicznie śmiać.

Określenie kwiterung weszło na stałe do rodzinnego slangu. Zamiast mówić komuś, że robi idiotyzmy mówimy sobie KWITERUNG.

PS.
Najtańszy i najekonomiczniejszy w Norwegii jest Shell. Moje auteczko nawet po górach spalało go najmniej. Najdroższy jest norweski Statoil. Ceny paliwa różnią się znacznie — nie tylko zależą od stacji i regionu, ale też od ich położenia w mieście, warto pojeździć. Na dalekiej północy nic tak nie podnosi poczucia bezpieczeństwa jak kanister polskiej ropy w bagażniku.

Nikt nie musi być normalny

Czasami jest to nawet niewskazane. Ok, niektórzy mają, poziom obłąkania większy niż inni. Ci niektórzy to ja. Między innymi robię zdjęcia. Nie mam jakiegoś straszliwego mniemania o ich wartości artystycznej, ale zwyczajnie lubię. Rodzinne archiwa notują mnie trzyletnią, której ukochaną zabawką był aparat fotograficzny ojca.
Przeszłam ewolucję od Smieny 8M do Canona 40D, co wydaje mi się logiczne i uporządkowane, bo Smienę dostałam w okolicy ósmych urodzin, a Canona kupiłam sobie na czterdziestkę. Nie wiem jak w tę logikę upchnąć Canona 300D, ale pomyślę o tym jutro. Na pewno nie da się tego podciągnąć ani pod kilogramy, ani pod IQ.

Jakiś czas temu, konkretnie wiosną 2009 roku zaczęłam zdjęcia geotagować. Nie tak na głupa — wrzucę zdjęcie i naniosę je na mapę, ale automatycznie. Przy przerobie rzędu 10.000 zdjęć rocznie na piechotę, to mi się zwyczajnie nie chce.
Na wszystkich wycieczkach, wypadach, wakacjach noszę w kieszeni telefon z GPSem (początkowo zewnętrznym, teraz wbudowanym) i zapisuję trasę. Potem zgrywam plik w formacie gpx i specjalnym programikiem od wujka Gógla nanoszę w EXIF każdego zdjęcia współrzędne GPS. Picasa pokazuje wtedy piękne mapki, Flickr lokalizację, a na potencjalne pytania "gdzie to było" umiem odpowiedzieć. Okazało się to niezwykle przydatne po ostatnich wakacjach, ponieważ zdjęcia pt. To jest 728. przepiękny fiord są nieco nużące. Ok, zgadzam się, że otagowane też są nużące w ilości w jakiej je posiadam, ale słowo daję, przebieram. Wprawdzie ne planowałam nikogo katować wszystkim, ale dzień po mom powrocie przyszła ^mery i wzięła mnie z zaskoczenia. Udało mi się większość przelecieć na podglądzie, ale i tak jest dzielna bo jako jedyna do tej pory zaliczyła sesję pt. Rodzinapatologiczna na końcu świata.

Do zapisywania tracku używałam beta produktu Nokii — Sport Trackera. Mały wygodny, nie wymaga połączenia z netem, eksportuje do *.gpx, *.kml i jeszcze kilku innych. Wprawdzie założenie twórców tego programu było inne i miał on służyć do rejestrowania aktywności sportowej, a moje wożenie się samochodami po mniej lub bardziej odległych rejonach nie jest jeszcze dyscypliną olimpijską, niemniej do moich potrzeb nadawał się świetnie.
Jak sądzę nie tylko moich, bo Sport Tracker postanowił wydorośleć i odrzucić Betę. Dałam się nabrać, założyłam konto. Jedyna korzyść, że zaklepałam mojego ulubionego nicka, a potem było tylko słabo, bardzo słabo.
Odkąd przeniosłam się z pracą do internetu nauczyłam się pokory. Zmiany wyglądu i funkcjonalności serwisów nie wywołują już moich spazmów, protestow i ostentacyjnych porzuceń. Nawet kiedyś współczułam Sparrowowi współpracy ze mną, w czasach kiedy o swojego joggera dbałam bardziej. Więc znoszę z pokorą kolejne zmiany, ale tutaj, chłopaki przegięli. Zrobili coś co raz na czas nie otwiera się w firefoxie, jest brzydkie, nieczytelne, nieintuicyjne, przeładowane i ogólnie ma wewnętrze i zewnętrzne FUJ. Ale to wszystko bym wytrzymała, nawet zniosłabym w milczeniu fakt, że nie da się nowego Sport Trackera odpępnić od internetu i co jakiś czas usiłuje się połączyć, czasami skutecznie. Nie planuję wysyłania im mojego rachunku za telefon z norweskim roamingiem, bo *aż tak śmieszny nie jest. Niemniej kilka złotych mi z portfela wyciągnęli. Ale już trzecego dnia mojej podróży przegięli.

Pracowicie zapisywałam codzienną trasę. Na szczęście równie pracowicie codziennie tę trasę eksportowałam w dwóch formatach i zapisywałam na karcie w telefonie. Gdyby nie to sprzedałabym nerkę i pojechała ich wysadzać. Po wjechaniu do Szwecji Sport Tracker skasował mi wszystko co w nim było. Trzy ostatnie dni, oraz wszelkie 72 pozostałe sztuki, które sobie zaimportował z wersji beta. Zniknęły z karty pliki *.dat w których są te dane zapisane i wszystke ustawienia konfiguracyjne. No sorry, ale wyczyszczenie katalogu z trackami z ponad 1500 km to nie są takie, tam... ziemniaczki.
Fakt, że pozostałe tracki przesunął mi o 2 godziny względem obowiązującej strefy czasowej, pomijam, bo umiem to skorygować. Na szczęście przesunął o dwie strefy czasowe, a nie o godzinę, siedemnaście minut i trzydzieści dwie sekundy, bo wtedy bym się nagimnastykowała.

Tak więc teraz podchodzę do nowego Sport Trackera nieufnie i już go nie lubię. I z całą pewnością jeśli mieli w planie rozwoju serwisu: "stracić zaufanie 2% użytkowników" to mnie mogą do tej listy dopisać, a ja powoli szukam innego programu do zapisywania tras. Niestety większość (nie wiem dlaczego) zakłada dostępność do taniego internetu, co jest założeniem z gruntu fałszywym, szczgólnie przy wyjazdach za granicę.

Przy okazji uwaga praktyczna, jeśli ktoś też geotaguje zdjęcia, koordynaty się zapisują, a głupia Picasa udaje, że nie widzi i mapki nie pokazuje. Trzeba ją wtedy zmusić do odświeżenia danych z EXIFa i IPTC, najprościej zapuścić batcha w IrfanView dopisującego w IPTC tak zwane cokolwiek, np. copyright.
W widoku miniatur Irfana zaznaczyć cały katalog, a potem: Plik -> operacje na plikach JPG -> Wpisanie danych IPTC do wybranych plików.
Niestety nie działa to w przypadku RAWów. Ale pewnie jakoś wymyślę co zrobić.

Chwila prawdy

Było mi trochę słabo i trzęsły mi się ręce. Ale moja karta działała, znaczy debetu nie przekroczyłam. Przy okazji bank BZWBK uznał, że z jakiegoś zadupia z rwącym się netem wymusi na mnie zmianę PINu. BO TAK. Efekt tego był taki, że PIN może i zmieniłam, ale nie wiem na jaki i dostęp onlinowy do moich tajemniczych funduszy utraciłam. A wraz z nim wiedzę ile mnie ta wakacyjna fanaberia kosztowała. Szczęśliwie tuż przed powrotem do domu, więc stresowałam się krótko. W macierzystym oddziale banku pani wydrukowała mi historię rachunku z ostatniego miesiąca, wygenerowała jednorazowy kod do usług online i pomaszerowałam zmieniać hasło.

I tu zaczęła się walka z wiatrakiem. Gdzie w roli wiatraka wystąpił BZWBK, a Donii Kichającej z La Manczy ja. Otóż do konta loguje się numerem NIK. Ośmiocyfrowym. Miałam zmienić PIN na kombinację cyfr i znaczków oznaczających w komiksach kurwa mać czyli @#$%^&*. Na wszelkie możliwe kombinacje, które jestem zdolna zapamiętać (a nie jest ich przesadnie dużo) system uprzejmie i bezdusznie odpowiadał -- numer PIN zawiera FRAGMENT numeru NIK lub numeru NIK pisanego wspak. No, mać rwana w strzępy. Mając osiem cyfr, ilość możliwych powtórzeń dwóch z nich, lub powtórzeń ich wspak jest niemała. Zwłaszcza, że przy numerze np.: 12345678 odpadają wszystkie kombinacje kolejnych cyfr (oraz pisanych wspak) czyli 12, 21, 23, 32 itd. Nie chce mi się liczyć ile to kombinacji, ale sporo.

Drogą kolejnych prób udało mi się ustalić, że faktycznie nie mogę użyć żadnej kombinacji cyfr z numeru NIK (który znam tylko ja i który od biedy może udawać numer telefonu, gdybym go chciała koniecznie gdzieś notować), a mogę, bez najmniejszego wysiłku użyć: własnej daty urodzenia, numeru telefonu i innych danych znajdujących się w posiadaniu banku i łatwych do zgadnięcia dla amatora kwaśnych jabłek, czyli zawartości mojego konta.

Dla ułatwienia bankowi powiem, że moją datę urodzenia zna połowa internetu, a o ile wiem numeru NIK nikt (jeśli jestem w błędzie, to niech się ta osoba zgłosi, dostanie kawałek ciasta z kruszonką w kształcie reniferów jedzących chrobotka reniferowego). No, zabezpieczyli się chłopaki, uczciwie. To, że po raz kolejny pani w banku usiłowała mi wcisnąć kredyt, pomijam. Jest jeden cel, na który kredyt kiedyś wezmę, ale ze wstępnych rachunków wynika, że potrzebuję około pół miliona, a takiego preferencyjnego kredytu już dla mnie miła pani nie miała.

Po opanowaniu chwilowej frustracji związanej z wymyśleniem zapamiętywalnej sekwencji znaków, wzięłam się za analizę wydatków związanych z eksploracją północy i czterotygodniowym pałętaniem się w okolicy koła podbiegunowego. Niby zakładałam, że ma być tanio i liczyłam naprawdę uczciwie, ale to, że moje wyliczenia się zgodziły, praktycznie do plus minus tysiąca złotych, to jestem naprawdę dumna.
I z całkowitym spokojem mogę powiedzieć, że czterotygodniowy wyjazd kamperem na Nordkapp jest tańszy niż wczasy nad Bałtykiem. Tak proszę Państwa, jestem tego żywym dowodem. Przeliczyłam dwa razy dwutygodniowe wczasy dla czteroosobowej rodziny. Zakładając, że za przeciętny pensjonat wydaje się 1500-2000 zł za dwa tygodnie, czyli 3000-4000 za czterotygodniowe, czyli w wersji max 16.000 za cztery tygodnie dla czterech osób. Nie licząc dupsli i wartości dodanej, czyli frytek, lodów, ryb, gazet, pocztówek, pamiątek, kawy i miliona innych wyciągaczy kasy z kieszeni.
Za 16.000 to ja proszę Państwa, dojadę tym kamperem do Władywostoku (bo do Murmańska prawie dojechałam za circa 2000 od głowy).


Na Murmańsk, to tędy

Dla ciekawych -- w kwocie z mojego konta jest wszystko -- ropa (norweska, najdroższa w Europie), duńskie mosty przez wielkie cieśliny na Bałtyku, norweskie autostrady i promy kilku narodowości (w tym przeprawa z kamperem w deku dla TIRów z Helsinek do Tallina), codzienne zakupy spożywcze (w supermarketach -- chleb, mleko, masło, pomidor, owoc, sałata, ser żółty, jogurt, coca-cola), bilety wstępu do muzeów i atrakcji, tiszert z trollem, wełniana czapusia kupiona na kręgu polarnym, kilka kaw i naklejka z łosiem.
Nie ma -- knajp (żarcie wieźliśmy ze sobą i gotowali w kamperze), alkoholu (zabrane z Polski 0,25 litra wódki przyjechało z nami z powrotem), pamiątek, dupsli i wartości dodanej. Nocowaliśmy w większości przypadków na dziko, a co jakiś czas zjeżdżaliśmy na camping gdzie inwestowaliśmy w solidny prysznic zamiast kamperowej sikawki, pranie i suszenie. Warto dodać, że w przypadku Norwegii nocowanie na dziko oznacza zaciszny, wyrównany parking, często z kibelkiem, a zdarza się, że z ciepłą wodą.

Jedynym wąskim gardłem tanich wakacji kamperem w Skandynawii jest odziedziczenie po ojcu kampera. Ale to już zupełnie inna historia...

Rodzina wszędobylska

— Ale nad morzem zostaniemy na dłużej — powiedział młody na jednych z poprzednich wakacji, kiedy naszym kamperkiem turlaliśmy się do Lubiatowa. Lubiatowo ma to do siebie, że jest jedynym nadmorskim miejscem, jakie toleruję i tę patologię zaszczepiłam młodemu. Charakteryzuje się tym, że wieś znajduje się 2 km od linii brzegowej, a nad samym morzem jest jeden camping, jeden ośrodek wypoczynkowy, kilka bud z lodami i frytkami i to wszystko.
Naprawdę wszystko.


Zastygłam wtedy za kierownicą, gdyż z rzeczy nudnych i nudniejszych najnudniejsze jest leżenie na plaży, nawet jeśli założę, że to cudowny moment na nadrobienie zaległości w lekturach, prasie i przemyśleniach filozoficznych. I uściśliłam:
— Dłużej, znaczy na ile?

Odkąd skończyłam 14 lat unikałam wakacji stacjonarnych. Z wakacji wczesnodziecięcych najbardziej lubiłam dojazdy. Pierwszą trasę wakacyjną zaprojektowałam i zrobiłam z antenatką maluchem we wczesnych latach '80. O ile pamiętam benzyna była wtedy na kartki, miałyśmy zachomikowaną na wakacje. Rzucało nas po kraju ojczystym od Bałtyku po Tatry. Od Świnoujścia po Ustrzyki Dożylne. Od Rutki Tartak, po Karpacz. Mieszkałyśmy w namiocie, w schroniskach PTSMu, wynajmowałyśmy domki kempingowe.
Na początku lat '90, kiedy komuna zmarła, a dobra Ciocia Europa zniosła wizy pojechałyśmy w świat. To była epicka wyprawa, 6500 km trasą Warszawa—Praha—Norymberga—Liege—Paryż—lazurowe wybrzeże—Rzym—Wenecja—Wiedeń—Warszawa. Jeszcze gdzieś w tzw. międzyczasie Chamonix. W trzy osoby, maluchem. Skrzyń typu Thule wtedy jeszcze nie było, miałyśmy prototyp — gigantyczną, spiętą skórzanymi paskami walizę z lat '60 na dachu, zwaną krową. Samochód zepsuł się w ciągu 4 tygodni 12 razy. Słownie dwanaście. Musiałyśmy robić wrażenie dość rozpaczliwe, bo stopień empatii i ludzkiej życzliwości z jakim się wtedy spotkałam chyba się nigdy nie powtórzył. Na sześciopasmowej autostradzie pod Franfurtem, z latającymi nad głową samolotami, jechałyśmy zepsutym, czkającym maluchem, jednym ze środkowych pasów (ten akurat skręcał gdzie potrzebowałyśmy) z szybkością prawie 60 km/h. Nie było to największe zagrożenie, jakie stanowiłyśmy. We Francji dwóch panów na podrzędnym skrzyżowaniu tak się na nas zapatrzyło, że jadąc z prędkością 10 km/h centralnie się zderzyli.
Opanowałam znajomość nazw części samochodowych w zaskakujących językach. Do dzisiaj pamiętam jak jest cewka po włosku (la bobina) i styki po francusku (platine — nie wiem jak się pisze). Umiem też pokazać w warsztacie dowolny objaw zaburzeń pracy silnika, w sytuacji kiedy jedynym językiem pozostaje migowy wspomagany onomatopejami i układem choreograficznym (brum, brum, pyr pyr pyr).
Młody pętanie się po kraju maluchem zaliczył. Samochody w rodzinie szczęśliwie ewoluowały i z czasem przesiedliśmy się do czegoś normalniejszego i pętanie znacznie się uprościło. Okazało się, że normalnym samochodem, do Rotterdamu czy w Alpy dojeżdża się jednym rzutem. Co z jednej strony życie uprościło, a z drugiej skomplikowało, bowiem miejsc do pętania nagle zrobiło się znacznie więcej.
Odkąd dostałam kamperka sprawa stała się całkiem prosta. Na pokład i w drogę. Kamperek swoje lata miał. W chwili, kiedy go po ojcu dostałam, równe ćwierćwiecze. Na początku trochę nieśmiało, potem całkiem energicznie w ciągu trzech lat zjeździliśmy całą Polskę. Zaowocowało to ponurą szkolną refleksją młodego, który przerabiając geografię Polski z pewnym obrzydzeniem stwierdził:
— Ty wiesz, że ja wszędzie byłem?
Nie wiem na ile to ma związek, ale z geografii na świadectwie piątkę ma.
Jak wspomniałam samochody ewoluują, kamperka zamieniliśmy na młodszego kampera, wakacje po dwa, trzy tysiące kilometrów, z przelotową maksymalnie 60 km/h, a maksymalną prędkością na autostradzie, z górki i z wiatrem w plecy — 85 km/h, to jest jednak wyzwanie dla prawdziwych twardzieli, a ja się starzeję.
Następna zaprojektowana przeze mnie trasa ma ponad 7500 km i wiedzie w dzień polarny, do krainy trolli. Jestem więc monotematyczna, nudna i mam rajzefiber. Mam też już sprzątnięty samochód i prawie umiem go obsługiwać. I tak sobie myślę, że z takim bagażem doświadczeń, nie powinnam się wcale przejmować.

Wtedy nad morzem młody nabrał powietrza jak przed skokiem do głębokiej wody, popatrzył na domowego tyrana z pewnym szacunkiem i wypalił:
— No, chociaż trzy dni. No, dwa. — zreflektował się, że przesadził.
Zostaliśmy trzy dni, a mnie wtedy przyszło do głowy, że tzw. imprinty to jednak potęga w wychowaniu. I nic tak w nas nie zostaje, jak to czego doświadczamy.

Inne miasteczko Bełz

Kolejne. Czasami jeżdżę po okaleczonym wschodzie, skąd wykarczowano połowę społeczności i pracowicie próbowano wymazać po nich ślady. Poprzerastana wyrzutami sumienia trawa kiepsko rośnie na zaoranym cmentarzu.
Przejeżdżam przez miasteczko Goniądz (goniąc?), na rynku pod żółtym szyldem, szyld czerwony -- Grocery Shop. Ostentacyjnie robię zakupy w sąsiednim, nie przetłumaczonym na języki obce, sklepie spożywczym, kombinując, że Goniądz powinni na Chasing albo Runnig przemianować, od razu inne miasto by było.
Bankomat Banku Spółdzielczego w Radziłowie oblizał moją Visę i grzecznie oznajmił -- brak dostępnych operacji, czym mnie jednak zaskoczył, bo dostępne środki bym zrozumiała, ale dostępne operacje -- ni diabła. Stówkę chciałam, nie wyrostek usunąć. Bankomat w Runnig okazał się przyjaźniejszy, wypluł żądaną kwotę. Postanowiłam iść za ciosem i w paśmie sukcesów zasięgnąć języka u miejscowej ludności. Szczęsny to kraj rubieży Rzeczypospolitej, gdzie za sukces poczytujesz sobie czynny bankomat. Miejscową ludnością okazały się cztery panie okienkowe, które na mój widok oraz pytanie "mam nieco nietypową sprawę" nieprofesjonalnie się ożywiły. Lubię wnosić ożywczy, niedomyty, wakacyjny powiew w okienkową rzeczywistość. Panie udzieliły mi wyczerpującej informacji, gdzie w Runnig jest stary cmentarz żydowski (ale tam, proszę pani, prawie nic nie ma), a pośpiech i gwałtowna uprzejmość z jaką wszystkie cztery panie, przerywając sobie, wyjaśniły mi jak dojechać do zaoranego miejsca po kirkucie dała mi do myślenia, że lekcja pt. Jedwabne odbiła się szkoleniem w Gminnym Ośrodku, a mój wygląd inteligentnej Miriam dał paniom okazję do przećwiczenia zdobytych umiejętności.

Cmentarz znalazłam. Był porośnięty 60-letnim lasem, smutny i deszczowy. Kiedyś się oduczę chodzić w takie miejsca, bo mam potem bóle fantomowe po amputowanym narodzie.

Posiadam zamiłowanie do dróg polnych

Offroadem bym tego nie nazwała, ale swojska nazwa wjechać w buraki jest całkiem zasadna. W czasach zamierzchłych, kiedy jeździłam jako pasażer-pilot potrafiłam udawać, że zabłądziłam, kiedy jakiś skrót wydał mi się atrakcyjniejszy niż droga główna. Do legend rodzinnych przeszła miejscowość o wdzięcznej nazwie Wierciochy, do której udało mi się wjechać sześć razy z sześciu stron, zwiedziwszy przy okazji kawał jakiejś puszczy.

Kiedy młody był bardzo młody pognałam rodzinę maluchem na zwiedzanie opuszczonego toru na północy Polski. Do torów i mostów do dziś posiadam słabość absurdalna i niczym nie wytłumaczalną, a do tego toru, a raczej nasypu co po torze został, szczególnie, ponieważ tworzy on całość z wiaduktem w Stańczykach. Z młodym młodym nie dało się Rzeczypospolitej przemierzać rowerem, na odległości satysfakcjonujące mnie, przemierzałam więc zdezelowanych rodzinnym maluchem. I na owym historycznym torze udało mi się pokonać odcinek, który na oko był przejezdny jedynie dla czołgów i traktorów, zbudować z okolicznych krzewów prowizoryczny most nad kałużą w którą dorodny, choć podkundlony, owczarek niemiecki zapadł się wraz z brzuchem oraz roztoczyć przed rodziną wizję, jakie to cudowne rubieże zwiedzamy właśnie. Młody był młody, więc nawet mi uwierzył.
I już prawie udało mi się wyjechać w Dubieninkach kiedy maluch zawisł nam na głazie narzutowym wielkości niedużego wiadra. Nie spanikowałam, podlewarowałam malucha, przy pomocy łopatki młodego wykopałam głaz (od tamtego czasu wożę ze sobą saperkę i maczetę), opuściłam samochód i pojechałam dalej. Kluczowe trudności pokonałam brawurowo, ale niesmak pozostał i od tego czasu rodzina mniej entuzjastycznie zapatrywała się na wycieczki w Niezwykle Ciekawe Miejsca (które często były opuszczonymi wiaduktami kolejowymi) oraz Niezwykle Malownicze Drogi (które zazwyczaj był kiepsko przejezdne).
Malucha z czasem wymieniłam na kolejne, coraz lepsze i coraz wyżej zawieszone auta, a w pewnym momencie stałam się szczęśliwą posiadaczką kampera. Kamper swoje lata ma, napęd na tylne koła i zawieszenie jak każda furgonetka, mało terenowe, acz uczciwe.

Ja się w zasadzie trochę zestarzałam i nawet bym się nie podejrzewała, że umiem jeździć furgonetką bokiem w doł, bo troszkę mi drogę podmyło, podjeżdżać 2,5 tonami przez kopny piach i pokonać wzniesienia, które nie wyglądają na takie, co się łatwo pokonać dadzą. I były momenty, kiedy byłam pewna, ze tym razem już mnie wywali, bo kamper, jednostka zgrabnością dorównująca krowie dojnej, ma jednak ograniczony kąt pod jakim może stać. Podjazd po piachu wykonałam z rozpędu wywaliwszy uprzednio rodzinę za burtę, a podjazd pokonałam siłą woli. I kiedy po zaliczeniu kluczowych trudności z filozoficznym spokojem patrzyłam jak mi się przestają trząść ręce, pożałowała, że rzuciłam palenie. Po naprawdę to był moment, że powinnam zapalić. Przeliczyłam ile lat krócej będę żyła przez dowcipny życiorys i grzecznie zaczekałam na rodzinę pokonującą wzniesienie na piechotę. A droga na mapie była, z Węsiorów do Mściszewic. Nawet zielony szlak turystyczny Szlakiem Kamiennych Kręgów nią szedł. Bo kamper jak wiadomo, to doskonałe auto na jeżdżene szlakami turystycznymi.
I wcale się nie ukrywam z tym, ze czasami lubię jak pasażer krzyczy, zwłaszcza, kiedy krzyczy całkowicie bezzasadnie, na przykład przy zawracaniu w zatoczce autobusowej, albo przy zjeżdżaniu z górki w nocy i we mgle, ale najbardziej lubię, jak mi własna mać mówi:
— No, myślałam, że tym samochodem… już takich numerów robiła nie będziesz…

Raport z zamrożonych krzaków

Plotki o moim zaginięciu są przesadzone. Po prostu siedzę w krzakach , jeżdżę drogami o których nie wie ani Google Maps, ani TomTom i nie mam cierpliwości do internetu przez GPRS.
Mam dwie choinki. Jedną osobiście ukradłam na sąsiednim polu. Maczetą wyrąbałam. Mam pierwsza w życiu kradziona choinkę. Tak mi dobrze poszło, że w przyszłym roku ukradnę prezenty. Druga ma cztery metry i rośnie przy parkanie. Wiszą na niej obciachowe lampeczki i jest strasznie świątecznie.
Stare pierniki jedzą pierniczki, na wieczerze wigilijna młody dostał świąteczny makaron z wczorajszym sosem. Miałam 6 stopni rano. Przy 10 jestem w stanie opuścić śpiwór, więc śpię bezczelnie dużo. I okopuję w moim ekstremalnym śpiworze, który powinien wytrzymać temperaturę do -20, zanim kominek nie zacznie funkcjonować.
Odpoczywanie polega na niepodejmowaniu decyzji. Nie decyduję i mam wszystko w nosie. I mam wrażenie, że zatrzymuje się tupot w mojej głowie. I jestem odmóżdżonym warzywem, kwiatem lotosu na tafli, czy też może stoku… I przerąbałam siekierą mrożone rydze, żeby starczyły na dłużej.
Narty w kwiatki są szybkie i skrętne. Przy niektórych prędkościach tracę komfort jazdy, ale jestem dzielna. Wykonałam kilka spektakularnych salt w związku z powyższym moje nogi zamieniły się w reklamę fioletowej odmiany mleka łaciatego. Mogę się zatrudnić do rozbieranej sceny z „Zabójczej broni”, tylko byłabym bardziej kolorowa. Wygrywam w kategorii najbardziej poobijana miss filcowych kapci.
Żeby nie było za słodko łupie mnie krzyż, co wiąże sie z komentarzami niecenzuralnymi, i grozi mi końska maść braci Pepików. Będę wydawała jedynie odgłosy paszczowe.
Na granicach naprawdę nie ma nikogo. Przejechanie bez zatrzymywania granicy jest zabawne kilka pierwszych razy. Potem się człowiek do dobrego przyzwyczaja.

Starsze wpisy >>

Mechaniczna pomarańcza


Szukajka