Może trochę na moją ocenę wpływa to, że jako dziewczę młode, a durne byłam pacyfistką (potem w sferze teorii trochę mi przeszło), ale dalej uważam, że każda wojna jest bezwzględnie zła i kasę, która idzie na zbrojenia można przeznaczyć na milion zbożniejszych celów, a durne, pozytywistyczne założenie, że każda wojna jest bezwzględnie zła jest o tyle uniwersalne, że zlikwidowanie każdej wojny likwiduje konieczność wojny obronnej jako tej, co to nawet miłujący pokój i szerzący miłość bliźniego kościół popiera.
Idąc dalej tym, jakże prymitywnym tropem, nie uważam, że wysłani do Afganistanu amatorzy szybkiego (acz muszę przyznać, niełatwego) zarobku są zbrodniarzami wojennymi. Są głupkami winnymi nieumyślnego spowodowania śmierci, są mięsem armatnim wykonującym rozkazy, ale z całą pewnością nie są niewinni. Bo jednak kilka niewinnych osób nie żyje.
W przeciwieństwie do ministra Sikorskiego, który wojaczki zasmakował, nie jestem dumna, że moje państwo uznało te osoby za niewinne, ale nie dziwi mnie to, bo owo państwo jest śmierci tych ludzi współwinne.
A już na pewno nie uważam, że ktokolwiek pęta się po jakiejkolwiek pustyni celem obrony ojczyzny będącej średniej wielkości państwem w Europie Środkowej. Jedyną pustynią, którą uznaję za część mojej ojczyzny jest Pustynia Błędowska, choć zapewne część Ślązaków się ze mną nie zgodzi.
Tak więc uważam, że (słowa uważam, że nigdy nie będą już takie jak kiedyś) jak ktoś jedzie zarabiać szmal na cudzej wojnie, to jest najemnikiem, a nie obrońcą ojczyzny. Można dyskutować, czy wojna jest prowadzona słusznie, czy niesłusznie, ale to jednak cudza wojna, co szczęśliwie potwierdza poziom zainteresowania jakim Al-Kaida obdarza Polskę i jej mieszkańców (niech ich Allah jak najdłużej trzyma w przekonaniu, że przyklejeni do okrętu krzyczymy płyniemy).
Nie wiem też dlaczego politycy nie uczą się na błędach historii i wielu minionych wojnach, w których pomoc USA ograniczała się do fukania na odczepnego zza oceanu i przysyłania paczek z UNRY. Tak jak wtedy nie opłacało się nadstawiać karku za małą PL, tak samo nie opłaci się w przyszłości i bohaterski udział myszy, która strasznie chce ryknąć w kolejnej akcji sojuszników tego nie zmieni. Bo tak.
I dziwię się okrzykom, że dziarscy wojacy szyjący z granatników do ludności cywilnej są niewinni. Dziwię się głębokiej wierze w "sojuszników" i ich chęć obrony Polski w ewentualnej przyszłości. Zastanawiam się tylko przed kim. Niemcy? — no przecież też sojusznicy. Rosja? A po co im polska, jeszcze muszą objąć okupacją Litwę, Ukrainę, Mołdawię i inne zbuntowane republiki. Al-Kaida? Jakoś szczęśliwie mało nami zainteresowana.
Nie miałam nigdy zaufania do historii najnowszej, zapewne dlatego, że szkoła wyrobiła we mnie pewną nieufność do źródeł pisanych, bo z przyczyn obiektywnie subiektywnych wiedza, którą tłoczono we mnie na lekcjach, diametralnie różniła się od tej pozyskiwanej w domu. A szczęśliwie miałam pod ręką babcię, która jedną wojnę przeżyła pod Modlinem, Rewolucję Październikową w Moskwie, wrzesień 1939 na kresach, a drugą wojnę ze wszystkimi atrakcjami w Warszawie. I to co z rzadka opowiadała na tyle odbiegało od wiedzy szkolnej, że straciłam zaufanie do oficjalnych źródeł pisanych, a pozostała mi głęboka wiara w to, że jakby przyszło co do czego, to nikt się nie będzie bił o spłachetek ziemi między Bałtykiem, a Tatrami, bo nie ma o co, a do sojuszy znajdą się więksi, potężniejsi i bardziej wpływowi.
Może ja jestem stara, mam za złe i zupełnie nie znam się ani na historii, ani na polityce, a z militariów interesuje mnie najmniejszy rozmiar bojówek M-65, ale naprawdę nie wiem w czym i przed czym może nam pomóc pięć jedenaście nieuzbrojonych, ale za to bardzo głośnych, samolotów i dwudziestu marines. Może poza spłodzeniem kilkorga dzieci w okolicy bazy. Moja matka, która będąc w latach '60 w państwie zwanym wtedy NRF, w okolicy Rammstein była zszokowana ilością, nazwijmy to, nie do końca nordyckich, dzieci biegających po ulicach. Aż człowiek odczuwał podłą satysfakcję, że tak zakończyła się batalia Hitlera o czystość rasową.
Istnieje jeszcze szansa, że tych dwudziestu marines, to będą księgowi i intendenci, a wtedy może przynajmniej się czegoś od nich nauczymy. Na przykład uczciwości, solidności i terminowości.