To może ja zreformuję ubezpieczenie zdrowotne?

Właśnie jednym uchem usłyszałam [1], że państwo chce opodatkować pakiety ubezpieczeniowe, które zapewnia pracodawca. Bo jeżeli coś jest kosztem uzyskania przychodu dla pracodawcy, to jest przychodem dla pracownika.

Bardzo mi się to podoba, z jednym małym ale — pakiet ubezpieczenia pracodawcy nie pokrywa wszystkiego, a nawet więcej nie pokrywa niż pokrywa. To znaczy, że ja z własnej kieszeni płacę za moje leczenie z którego korzystam przeważnie prywatnie, ponieważ jak szlag mi trafi jakąś część ciała, na przykład ucho, to nie mam czasu czekać pół roku, żeby mnie przyjął lekarz z ramach NFZ-u, zęby leczę prywatnie. W zasadzie jedyna wizyta, za którą nie zapłaciłam, to był ostatni bilans zdrowotny u pediatry, który obliczył na ile młody jest normatywny. Również czekałam pół roku, więc zamiast bilansu szesnastolatka, młodemu wyszedł bilans prawie siedemnastolatka, co nie było złym rozwiązaniem, bo wreszcie przekroczył dumnie 50 centyl wagowy.

Państwo ma na mnie niebagatelne oszczędności, więc jeśli chcą opodatkować pakiety nędzne, korporacyjne pakiety ubezpieczeniowe, to ja życzę sobie z ZUS-u dostawać zwrot za moje plomby, gipsy, pryszcze, krzywe nogi i lumbago.
Że o dolegliwościach, do których strzela się armatą z trzech średnich krajowych miesięcznie, nie wspomnę.

[1] jest mimo wszystko szansa, że źle usłyszałam.

Mazury. Euro 2012 inspired.

Szczęśliwie Mazury nie wygrały. Zadałam sobie trud i ku zdumieniu hurrapatriotów, pracowicie głosowałam na Amazonkę. A dlaczego? To akurat dosyć proste. Zdumiewa mnie tylko fakt, że w akcję dobicia Mazur włączyli się artyści, politycy i ludzie, na pierwszy rzut oka umiejący wnioskować.

Mazury nie są żadnym cudem, a już na pewno nie większym niż kilkaset tysięcy kilometrów kwadratowych Finlandii, z czego 10% to wody śródlądowe. Mówiąc krótko, dla nas Mazury są cudem, ale przywieziony tu Fin umrze ze śmiechu, że wytrząsamy się nad całkiem zwyczajnym spłachetkiem

Mazury są brzydkie, bo małe. Ponieważ każdy warszawiak chce mieć tu daczę, a prawo budowlane i ustawa o ochronie środowiska, to raczej luźne sugestie niż prawo, Mazury wyglądają, jak wyglądają — są upstrzone paskudnymi latyfundiami tuż przy linii brzegowej.

Mazury są nasze, jeszcze kawałkami dzikie i piękne. Jeśli ogłosimy je cudem przyjedzie tu jeszcze więcej ludzi. Owszem dacze warszawiaków zyskają na wartości jako nieruchomości, stojące na terenie Cudu Natury, ale gdzieś trzeba będzie wybudować hotele dla zagranicznych gości, którzy z całkowicie niezrozumiałych powodów nie chcą mieszkać w wynajętym pokoju u pani Kazi, z dostępem do łazienki gospodyni, gdzie można zwiedzać suszącą się jej zdumiewającą bieliznę, i ciepłą wodą w soboty. Przez godzinę. Ergo na miejscu dacz warszawiaków staną wielkie hotele, które w związku ze wspomnianymi luźnymi sugestiami będą spuszczały ścieki do jezior i dumnie eksponowały pastelowe elewacje i okna z PCV w linii brzegowej. Las jest przereklamowany.

Jak już będziemy mieć te hotele, ewentualnie przekonamy gości zagranicznych, że pokój kątem u pani Kazi ma wartość dodaną jak mieszkanie w rezerwacie Indian, to oni faktycznie przyjadą. I będzie ich dużo. Po lesie przejdą tysiące stóp, na wodę wypłynie tysiące łódek, wyrzucających tysiące śmieci, robiące tysiące kup i odpalające tysiące wzmacniaczy z muzyką. Nie mam raczej fobii społecznej, ale na myśl o tym robi mi się słabo.

Nie chcę, żeby Mazury rozkopano i budowano tam drogi. Co nie znaczy, że drogi by się nie przydały, ale jak zaczniemy, to patrząc na to jakie mamy tradycje budowlane w Polsce, przez następne dziesięć lat wszystkie dojazdy na północ będą nieprzejezdne. A, że przy okazji sołtys wytnie kilka hektarów, żeby powiększyć areał szwagra. Życie. W Polsce.

Jednym słowem — wszystkie osoby, które zagłosowały przeciwko Mazurom, uratowały nam przepiękny kawałek kraju. Dziękujemy.

Na chorobę popromienną Lugol jest najlepszy

Są miejsca, które za mną chodzą. Nawet kiedy o nich nie myślę, nie planuję wyjazdów. Ale kiedy znalazłam się w świecącej złośliwie jadowitą zielenią Zonie, w rozkradzionej Prypeci, w wyludnionym Czarnobylu, to nawet nie miałam siły, żeby się ucieszyć. Chociaż Czarnobyl chodził za mną od 1986, kiedy na majowy weekend pojechałam na jeden z moich fajniejszych wyjazdów w Tatry. Jeden z fajniejszych, bo jeden z pierwszych. A potem umarło dziecko sąsiadów i mówili, że to przez promieniowanie.

Zgodnie z moim niesamowitym fartem w życiu, który pozwala mi w idealną precyzją trafiać w najmniej optymalne terminy, moja, nieco wadliwa soma, tydzień przed wyjazdem odmówiła współpracy. Metodą łagodnej perswazji i postawieniem w sytuacji braku wyboru udało mi się kapryśnej somie przeciwstawić. A może pomogła nie tyle perswazja, co założenie, że postura u mnie nikczemna, ale duch mocarny i najwyżej mnie za nogi do samolotu młody zawlecze.
Niestety ubocznym skutkiem tego było, że zamiast skupiać się na kadrze, wzrok miałam z lekka przymglony i skupiałam się na tym, żeby w miarę pion utrzymać. Posiłkowałam się w tym moją ulubioną laską teleskopową turystyczną, wychodząc z założenia, że z moim nieco chwiejnym krokiem z laską wyglądam jak niepełnosprawna ofiara, ale bez laski jak pijana. Na Ukrainie może to nawet nie raziło, ale jakoś nie miałam ochoty.

Przepędzili nas po stałych punktach programu: dom kultury, biblioteka, szkoła, przedszkole, basen, komisariat, poczta, szpital... Niektóre miejsca umiejętnie wystylizowane. Piętnaście minut, dwadzieścia, godzina, trzask, trzask, pstryk, bramka dozymetryczna, obiad... Wydeptane ścieżki dla zachodnich turystów. Nie pokazali elektrowni, co mnie może i nie dziwi, nie pokazali Oka Moskwy, nie pokazali też nic poza sprawdzonym kanonem turystycznym. Jakkolwiek głupio by to zabrzmiało w Czarnobylu, bo turystyka na wysokim poziomie tam kwitnie. Pokazali nam to, co wolno pokazać, ale nie dało się wywietrzyć smrodu Związku Radzieckiego.
Niestety rykoszetem cichym, acz uciążliwym, mojej wadliwej somy było to, że klatki z tego co mijałam mam w oczach, bo zdjęć wprawdzie zrobiłam dużo, ale wszystkie słabe. I mam wrażenie, jakby wszystko działo się obok mnie.

Całość przygnębia... Miłość i dobro, dla wszystkich, za darmo, miałam ochotę wrzeszczeć w pewnym momencie. Ale uczciwie mówiąc poza czającą się grozą wymarłych blokowisk, widziałam już bardziej dekoracyjne śmietniki i niszczejące gruzy, robiące większe wrażenie.
W Prypeci nie ma nic. Są puste, zrujnowane, kompletnie rozkradzione budynki. Spodziewałam się wymarłego miasta z którego dwadzieścia pięć lat temu wyszli ludzie. Oczekiwałam zaschniętej owsianki na talerzu, otwartej szafy w ubraniami, niepościelonego łóżka... A zastałam puste mury, rozkradzione ze wszystkiego, co zmieściło się w drzwiach. Widziałam wannę.
Przy ostrzeżeniu, żeby nie wychodzić na dach czy patio, dotarło do mnie, że te wszystkie wyniesione stąd radioaktywne wersalki gdzieś stoją, w ciuchach ktoś chodził, garnków używał. I przez chwilę zrobiło mi się słabo, bo widziałam miejsca do których nasz przewodnik nie chciał podchodzić, a licznik Geigera-Muellera terkotał wesoło.

Nie przeraża i nie boli pełzająca śmierć za progiem... Cały czas miałam w tyle głowy słowa Jacka. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą Strugackich w pdfie. I w sumie nie dziwiłam się miejscowym, którzy rok po katastrofie wrócili do swoich domów.

O tym, że coś może być nie tak świadczyły tylko żółte trójkąty z czerwonym kwiatkiem. Ograny symbol, groźniejszy niż się wydaje nastolatkom w zabawnych tiszertach. Kontrastująca z ponurym opuszczonym blokowiskiem obłędna, świeża wiosenna zieleń.

Od Piknik na skraju drogi

Siła reklamy TPSA

Rozum mi podpowiada, że może faktycznie Telekomunikacja Polska ma fantastyczną ofertę, ale serce wielkim głosem krzyczy — uciekaj!!! nie wracaj do tych łobuzów!

Mieszkając w Gminie Centrum stolicy średniej wielkosci państwa w Europie Środkowej, jako jedno z ostatnich miejsc w PL miałam wymienioną centralę na cyfrową, siedmiocyfrową, co wiązało się z tym, że do internetu za złodziejskie pieniądze dodzwaniałam się w porywach dwie, trzy godziny.
Jak już tę centralę zmienili, to się okazało, że ilość SDI (do dzisiaj dostaję spazmów wesołości, jak dekoduję ten skrót) jest ograniczona i dla mnie nie wystarczyło. Przez wasze cholerne rachunki za telefon przez wiele lat byłam cyfrowo wykluczona.

Potem, jak już miałam to SDI, to myślałam, że mnie z nim wczesna starość zaskoczy, bo trwało, dopóki nie zaczeli go wyłączać, wtedy łaskawie okazało, że mogę coś szybszego. Nie, żeby rewolucyjnie.

Jak po upływach kolejnych umów za Neostradę chciałam zapłacić za szybszy internet, ale proponowano mi w promocji aparat fotograficzny typu małpa, internet bezprzewodowy (miałam) oraz pokaz tańca na rurze w wykonaniu pani z infolinii, bo szybszego internetu akurat nie mieli.

Kable, którymi do mnie płynie internet od pierwszej lepszej konkurencji, jaka się do mnie zgłosiła, powisają swobodnie nad ulicą, a w stanie są takim, że mam wrażenie, że widzę przepływające bity. Pędzą, bo maksymalna prędkość to 4MB.

Tak więc, drodzy monopoliści, przez wiele lat nie dający mi wyboru i nie spełniający moich podstawowych oczekiwań, kieruję się sercem, a nie rozumem i nawet jakbyście mi ten internet za darmo dawali, to poproszę, żebyście mnie w router cmoknęli.

Wojna jest zła

Może trochę na moją ocenę wpływa to, że jako dziewczę młode, a durne byłam pacyfistką (potem w sferze teorii trochę mi przeszło), ale dalej uważam, że każda wojna jest bezwzględnie zła i kasę, która idzie na zbrojenia można przeznaczyć na milion zbożniejszych celów, a durne, pozytywistyczne założenie, że każda wojna jest bezwzględnie zła jest o tyle uniwersalne, że zlikwidowanie każdej wojny likwiduje konieczność wojny obronnej jako tej, co to nawet miłujący pokój i szerzący miłość bliźniego kościół popiera.

Idąc dalej tym, jakże prymitywnym tropem, nie uważam, że wysłani do Afganistanu amatorzy szybkiego (acz muszę przyznać, niełatwego) zarobku są zbrodniarzami wojennymi. Są głupkami winnymi nieumyślnego spowodowania śmierci, są mięsem armatnim wykonującym rozkazy, ale z całą pewnością nie są niewinni. Bo jednak kilka niewinnych osób nie żyje.

W przeciwieństwie do ministra Sikorskiego, który wojaczki zasmakował, nie jestem dumna, że moje państwo uznało te osoby za niewinne, ale nie dziwi mnie to, bo owo państwo jest śmierci tych ludzi współwinne.
A już na pewno nie uważam, że ktokolwiek pęta się po jakiejkolwiek pustyni celem obrony ojczyzny będącej średniej wielkości państwem w Europie Środkowej. Jedyną pustynią, którą uznaję za część mojej ojczyzny jest Pustynia Błędowska, choć zapewne część Ślązaków się ze mną nie zgodzi.

Tak więc uważam, że (słowa uważam, że nigdy nie będą już takie jak kiedyś) jak ktoś jedzie zarabiać szmal na cudzej wojnie, to jest najemnikiem, a nie obrońcą ojczyzny. Można dyskutować, czy wojna jest prowadzona słusznie, czy niesłusznie, ale to jednak cudza wojna, co szczęśliwie potwierdza poziom zainteresowania jakim Al-Kaida obdarza Polskę i jej mieszkańców (niech ich Allah jak najdłużej trzyma w przekonaniu, że przyklejeni do okrętu krzyczymy płyniemy).

Nie wiem też dlaczego politycy nie uczą się na błędach historii i wielu minionych wojnach, w których pomoc USA ograniczała się do fukania na odczepnego zza oceanu i przysyłania paczek z UNRY. Tak jak wtedy nie opłacało się nadstawiać karku za małą PL, tak samo nie opłaci się w przyszłości i bohaterski udział myszy, która strasznie chce ryknąć w kolejnej akcji sojuszników tego nie zmieni. Bo tak.

I dziwię się okrzykom, że dziarscy wojacy szyjący z granatników do ludności cywilnej są niewinni. Dziwię się głębokiej wierze w "sojuszników" i ich chęć obrony Polski w ewentualnej przyszłości. Zastanawiam się tylko przed kim. Niemcy? — no przecież też sojusznicy. Rosja? A po co im polska, jeszcze muszą objąć okupacją Litwę, Ukrainę, Mołdawię i inne zbuntowane republiki. Al-Kaida? Jakoś szczęśliwie mało nami zainteresowana.

Nie miałam nigdy zaufania do historii najnowszej, zapewne dlatego, że szkoła wyrobiła we mnie pewną nieufność do źródeł pisanych, bo z przyczyn obiektywnie subiektywnych wiedza, którą tłoczono we mnie na lekcjach, diametralnie różniła się od tej pozyskiwanej w domu. A szczęśliwie miałam pod ręką babcię, która jedną wojnę przeżyła pod Modlinem, Rewolucję Październikową w Moskwie, wrzesień 1939 na kresach, a drugą wojnę ze wszystkimi atrakcjami w Warszawie. I to co z rzadka opowiadała na tyle odbiegało od wiedzy szkolnej, że straciłam zaufanie do oficjalnych źródeł pisanych, a pozostała mi głęboka wiara w to, że jakby przyszło co do czego, to nikt się nie będzie bił o spłachetek ziemi między Bałtykiem, a Tatrami, bo nie ma o co, a do sojuszy znajdą się więksi, potężniejsi i bardziej wpływowi.

Może ja jestem stara, mam za złe i zupełnie nie znam się ani na historii, ani na polityce, a z militariów interesuje mnie najmniejszy rozmiar bojówek M-65, ale naprawdę nie wiem w czym i przed czym może nam pomóc pięć jedenaście nieuzbrojonych, ale za to bardzo głośnych, samolotów i dwudziestu marines. Może poza spłodzeniem kilkorga dzieci w okolicy bazy. Moja matka, która będąc w latach '60 w państwie zwanym wtedy NRF, w okolicy Rammstein była zszokowana ilością, nazwijmy to, nie do końca nordyckich, dzieci biegających po ulicach. Aż człowiek odczuwał podłą satysfakcję, że tak zakończyła się batalia Hitlera o czystość rasową.

Istnieje jeszcze szansa, że tych dwudziestu marines, to będą księgowi i intendenci, a wtedy może przynajmniej się czegoś od nich nauczymy. Na przykład uczciwości, solidności i terminowości.

Dlaczego chlanie jest chorobą?

Ludzkość ma mnóstwo nałogów, brzydkich przyzwyczajeń, natręctw, nerwic i zakrętów. Czy możemy przestać celebrować ochlejów?
Nie, nie uważam, że osoba, która nie umie sobie odmówić kieliszeczka jest chora. Nie uważam, że NFZ powinien jej refundować leczenie, a cały świat współczuć. Nie uważam, że jego dzieci jako DDA powinny być leczone.

Celebrowanie ochlejstwa z którym ktoś nie umie sobie poradzić. Pochylanie się z powagą nad czyjąś lekkomyślnością. Migrenę to ma królowa angielska, mnie łeb napierdala. ADHD mają amerykańskie dzieci, my jesteśmy niewychowani. Nie mamy depresji, tylko jesteśmy mało zaradni.
Ale nie jesteśmy bezmózgimi ochlejami, którzy nie umieją w odpowiednim momencie przewartościować życia, tylko jesteśmy osobami CHORYMI.

Nie. Nie będę pijusów traktowała jak chorych. I nie wzruszą mnie serceszczypatielnoje opowieści ich biednych dziatek. Jesteś biednym dziatkiem, bo tatuś czy mamusia miała cię centralnie w rzyci, a nie dlatego, że piła. Mogę ci trochę powspółczuć, ale mamusię będę mieć w bardzo głębokiej pogardzie.

Patrzę na moich mniej lub bardziej zbliżonych wiekiem rówieśników pędzących z kieliszkiem w ręku po równi pochyłej, wizualizuję ich dziatki jęczące za 30 lat, jakie to miały smutne życie i są chore i myślę sobie, że jeśli nie umiesz sobie poradzić z nałogiem, nie ważne, czy to jest picie, palenie czy cokolwiek brzydkiego na Pe, to nie dlatego, że jesteś chory, tylko dlatego, że ci się nie chce.

I ja nie będę ci z tego powodu współczuła.

Wpis sponsoruje Agata Passent. Ale jeśli ktoś z czytających wziął go do siebie, to może warto się zastanowić.

Smoleńskie Powązki

Jakkolwiek idiotycznie to brzmi — lubię cmentarze. Traktuję je jak parki, ciche, spokojne, zielone miejsca, gdzie refleksyjnie i patetycznie dumam nad przemijalnością czasu, wpływie historii na nas i związkach rodzinnych, które nie umierają.
Znęcam się nad najbliższą rodziną pędzając ich po cmentarzach żydowskich, muzułmańskich, ewangelickich i wszelkich znajdujących się w zasięgu. Żydowskie lubię najbardziej, bo mam wrażenie, że to cmentarz całego narodu i, jak już niejednokrotnie pisałam, jest w naszym społeczeństwie i jego monokulturowości jakaś wyrwa, której tak łatwo imigrantami z Czeczenii nie zatkamy.

Pomiędzy moimi, rodzinnymi Powązkami, a tzw. Powązkami Wojskowymi leżą Kuronie. Na Powązkach cywilnych Gajka i Maciek, na wojskowych, w alei zasłużonych, w nogach monumentalnego pomnika Bolesława Bieruta — Jacek. Postawiłam im świeczki z poczuciem, że coś tu bardzo jest nie tak, że nie chce mi się zastanawiać co i z daleka od kogo z najbliższych mnie położą.

Jacek Kuroń

Grażyna Borucka

Poszliśmy więc z młodym zgodnie, międzypokoleniowo do pana Jacka. Zawsze staję nad jego grobem z głupim wrażeniem, że gęba którą mu pośmiertnie dorabiają jest inna, niż ta, której by sobie życzył. I, że to my, wychowani na jego mniej lub bardziej pijackich piosenkach wiemy lepiej.
I kiedy jestem przy grobie, widzę siwo-blond panią, mniej więcej w wieku pana Jacka, rozmawiającą z nagrobkiem, Jackiem, zniczami, z nami, z powietrzem... Nie wiem czy rodzina czy pośmiertna jackowa groupie.

Jacek Kaczmarski

Od Jacka kawałeczek jest do pomnika ofiar katastrofy pod Smoleńskiej. I to tak naprawdę było miejsce gdzie szłam przez Powązki Wojskowe, ku zdumieniu najbliższej rodziny.

Pomnik ofiar katastrofy pod Smoleńskiem

Osobiście hołduję zasadzie, że pamięci o zmarłych nie przechowuje się na cmentarzu. Moją babcię, która mnie na spółkę z matką przeciągnęła przez burzliwe dzieciństwo najczęściej wspominam na rodowej otomanie, na której spędziła większość życia.
Pana Jacka wspominam nie jak owa groupie, ale w Pięciu Stawach Polskich, gdzie buntowniczo wrzeszczeliśmy jego twórczość albo gdzieś w kącie koło mojego starego Defila na którym katowałam „Obławę”. Na grobach kilku kumpli, którzy nie wylądowali na lotnisku z napisem Dorosłość, tylko zostali gdzieś w górach, nie byłam nigdy. Bo kumple zostali zupełnie gdzie indziej.
Stawiam świeczkę rzadko, jak mam okazję, bardziej zwyczajowo na 1 listopada. I pod pomnik smoleński poszłam z jednego, jedynego powodu.
Bo pod pomnikiem na Powązkach powinno być najwięcej świeczek. Nie pod Wawelem, bo to miejsce dla królów Polski, nie na Krakowskim Przedmieściu, bo to miejsce pracy nie tylko niektórych ofiar, ale i sporej ilości żyjących, a ekipę przebierańców, która tam koczuje od pół roku należałoby co rychlej deportować na oddział zamknięty. Ale właśnie na Powązkach, gdzie można sensownie upamiętnić wszystkie ofiary, zalać woskiem podziały i spuścić zasłonę milczenia na rodziny ofiar domagające się kolejnych względów i pomników. Dość.

I dlatego grzecznie postawiłam znicz pod pękniętym pasem startowym.

Pożegnanie z czasem letnim (ICL)

Chwilę temu, a konkretnie wczoraj, o godzinie 6:00 było ciemno, a o godzinie 7:00 prawie jasno. Wiem, bo widziałam szóstą rano w zeszłym tygodniu.
Od wczoraj 6:00 jest 5:00, więc o 5:00 mamy ciemno, a o 6:00 prawie jasno, a o 7:00 jasno.
Ręka do góry, kto z nas wstaje przed 7:00 i ma okazję, żeby się z tej dodatkowej godziny radować? Nawet jeśli złożymy, że nachodzi Białe Zimno i lada moment będę wstawać o 7 rano, żeby o 8 było prawie widno, to i tak tę godzinę spędzam na piciu kawy z możliwie wygaszonym światłem, kiwam się autystycznie albo siedzę w samochodzie z włączonym ogrzewaniem.

Wracam za to do domu o godzinie 17:00. 17:00 jeszcze wczoraj była 18:00. O 18:00 wczoraj było ciemno, o 17:00 dzisiaj ciemno jest.

Tak więc rano kiedy śpię i ledwo żyję będzie bardziej widno, a po południu, kiedy wracam do domu będę zapalała wszystkie możliwe światła, bo ciemno jak w rodzinnym grobowcu. Oszczędne, nie ma co.

I o ile zupełnie mnie nie rusza zmiana czasu jako taka — zaliczyłam w te wakacje przeskok strefy czasowej o godzinę i centralnie mi ta godzina powisa kalafiorem. Jedyne co odczułam boleśnie, to automatyczne przestawienie czasu w telefonie, a nie przestawienie w aparacie fotograficznym, co zaowocowało majtnięciem o kilkadziesiąt kilometrów tracka w GPSie. I nie wystarczyło trywialnie dodać godziny, bo ten zegar przestawił się chytrze gdzieś pomiędzy Finlandią i Norwegią, a nie mogłam go tak całkiem zlekceważyć, bo prom do ojczyzny mi uciekał.

Mój zegar biologiczny kompletnie lekceważy różnice plus/minus dwie godziny. Pospać dłużej, proszę bardzo, pospać krócej — nie pierwszy raz, nie ostatni.
Ceni za to doświetlenie. Ckliwie wspominam dzień trwający 24h, z niepokojem zerkam za okno, bo tu właśnie 17 i noc głucha.
Nie jest mi potrzebna godzina światła dłużej rano — albo ją prześpię albo spędzę w samochodzie. Jest mi za to potrzebna godzina doświetlania więcej popołudniu. Co gorsza jest to hipotetyczna, jedyna godzina światła, jaką w ciągu doby mam, bo dzień pracy spędzam w niedoświetlonej norze w której rolety zaciąga się, jak tylko wpadnie przez okno jakiś zbłąkany foton.

Wiem, że tzw. czas zimowy jest bardziej zgodny z astronomicznym. Teoretycznie ma być oszczędniej. Ale trochę nie kumam, co ma być oszczędniejszego w tym, że śpię kiedy jest widno, a jak wracam do domu, to jest ciemno i zapalam wszystkie światła jakie znajdę.
Podobno w przemyśle na zmianie czasu są jakieś oszczędności. To ja się grzecznie pytam jakie. Naprawdę, jak przemysł o 7 rano przychodzi do fabryk, to teraz nie zapala światła? No, bez żartów. Wyobrażam sobie tę halę fabryczną o 7:15 skąpaną w rzęsistych promieniach słoneczka i radośnie machającą łopatą klasę robotniczą.

Niniejszym składam oficjalny wniosek o przyznanie mi Indywidualnego Czasu Letniego (ICL) na całą dobę. Jednocześnie zaznaczam, że nie planuję wstawać o 6 rano, żeby się do absurdalnego czasu zimowego dostosować. BO NIE.

Ja cię ekskomunikuję 1… 2… 3…

Podoba mi się pomysł obłożenia ekskomuniką:

  • dzieci z in vitro
  • ich rodziców
  • lekarzy, którzy przy in vitro pracują
  • pielęgniarki, która nie zapobiegły temu strasznemu grzechowi
  • posłów, którzy zagłosowali za refundacją in vitro

i wreszcie

  • wszystkich, którzy są zwolennikami in vitro jako metody posiadania dzieci i radzenia sobie z bezpłodnością

Idą wybory samorządowe. Chętnie, a uważnie popatrzę kto zdanie matki naszej, Kościoła podziela. I o ile krzyżyk na drogę u mnie ma, tak krzyżyka przy nazwisku — niekoniecznie.

A tymczasem ekskomunika, to wykluczenie z kościoła. Tak więc in vitro w banalny sposób przeczyszcza szeregi Kościoła Powszechnego. Nagle się okazuje, że mimo, że wszyscy jesteśmy ochrzczeni, to Prawdziwych Katolików zostało z dziesięć procent. No, niech będzie sześćdziesiąt procent przy optymalnych wiatrach i wizji samodzielnego zakopywania mamusi pod jabłonką, bo cmentarze są własnością kościoła i jak kardynał Sapieha Piłsudskiego pod Wawelem trzymał, aż się zaśmiardł, tak wizja antenatki na Powązkowskiej przy Bramie Czwartej, może ostudzić mój bieg w kierunku herezji formalnej.
Proponuję jednak, za ciosem, ekskomunikować wszystkich inwitersów, antykoncepsjonistów, że o pedałach i aborterach nie wspomnę, a nasz Katolicki Kraj, Przedmurze i tak dalej, okaże się być mniej katolickim, niż plotki głoszą.

Co ciekawsze — in vitro, antykoncepcja i niechrześcijańskie formy pożycia są grzechem. Nie wolno i już. Tak więc jak rozumiem żaden rzymski katolik z ww. zberezeństw nie korzysta. Kościół zabronił i finito. Na tym rozmowę kończymy i prosimy kościół o nie wypowiadanie się w sprawach, które nie dotyczą jego wyznawców. Bo skoro zabronili i nie wolno to wyznawcy się stosują. Więc kościół wtrąca się w życie osób, które zasady kościoła mają w eksterytorialnej pompie.
W sumie cieszę się, że żaden imam nie obudził się, że jeśli tak wolno, to szybko przeprowadźmy w sejmie głosowanie nad noszeniem burek przez wszystkie kobiety powyżej 12 roku życia. Co z tego, że nie jesteśmy muzułmankami, jeśli będziemy z urzędu stosować kościelne, rzymskokatolickie ukazy jako prawo w państwie, to dlaczego mamy się ograniczać do jednej religii. Przecież żyjemy w wolnym kraju, zabrońmy in vitro, nakażmy noszenie burek i na wszelki wypadek wprowadźmy instytucję świętej krowy.
Chociaż jak bliżej popatrzeć, to ta fucha jest już zajęta przez biskupów.

A tak pod rozwagę polecam arcy ciekawą lekturę, za co można oberwać ekskomuniką:

  1. znieważenie postaci eucharystycznych, poprzez: porzucenie albo w celu świętokradczym zabieranie i przechowywanie (Kan. 1367),
    Cudne pogaństwo — nic mnie tak nie odrzuca od kościoła jak te gusła
  2. użycie siły fizycznej wobec papieża (Kan. 1370 § 1),
    Banalne, watsonie. Ciekawe co z tą niunią co się na B16 rzuciła.
  3. rozgrzeszenie przez kapłana wspólnika grzechu nieczystości (Kan. 1378 § 1),
    Hu, hu. Utraty połowy duchowieństwa nie przewidziałam.
  4. udzielenie i przyjęcie sakry biskupiej bez zgody papieża (Kan. 1382),
    Dura lex, sed lex. Tu się akurat nie czepiam, Watykan jak każde inne państwo ma swoje prawa i swoje kary.
  5. naruszenie tajemnicy konklawe przez personel pomocniczy (Universi Dominici Gregis art. 58),
    j.w.
  6. symonię przy wyborze papieża (Universi Dominici Gregis art. 78) jak również za inne wykroczenia naruszające konklawe: uleganie wpływom zewnętrznym (ibidem art. 80), zmowy między elektorami (ibidem art. 81),
    Szkoda tylko, że handel godnościami i urzędami kościelnymi, sakramentami oraz dobrami duchowymi jest karany tylko przy wyborze papieża, bo wystarczyłoby przejrzeć dokumenty tego ubeka co oddawał dobra kościelne i kolejny szereg duchownych wpada w czeluście piekielne.
  7. bezpośrednie naruszenie tajemnicy spowiedzi (Kan. 1388 § 1),
    j.w. pkt 4.
  8. przeprowadzenie lub dobrowolne poddanie się aborcji (Kan. 1398),
    Tak, tak, właśnie. Antykoncepcji i in vitro. A to w sumie ciekawe, bo zamordowanie żony i dzieciaka już wydobytego z żony jest jakoś ulgowo traktowane i nie wylistowane jako podstawa do ekskomuniki.

  9. apostazję (Kan. 1364 § 1),
    No, trochę wychodzi, że w dupie mam pański sekator
  10. herezję formalną (Kan. 1364 § 1),
    j.w. pkt 4.
  11. schizmę (Kan. 1364 § 1).
    j.w. pkt 4.

Za Wikipedią.

Polskie drogi

Dzisiaj w wypadku pod Nowym Miastem nad Pilicą zginęło 18 osób.
W ostatni weekend na polskich drogach doszło do 350 wypadków w których zginęły 33 osoby a ponad 440 zostało rannych. Jedną z głównych przyczyn wypadków jest nadmierna prędkość.
W radio słyszałam, że polskie drogi są najniebezpieczniejsze w Unii Europejskiej, a winę za to ponosi nie tylko infrastruktura, ale i brawura kierowców. I tak się zadumałam nad kierownicą, na Wisłostradzie, gdzie szczególnej brawury o poranku nie da się popełnić, bo prędkość posuwu wynosi circa 15 km/h. To zresztą zastanawiające, bo Wisłostrada się korkowała zawsze, ale odkąd wprowadzono Zintegrowany System Zarządzania (tu pedeefik dotyczący) udało się zatkać całość na sztywno. Przed wprowadzeniem systemu zatykało się między Mostem Gdańskim a tunelem i to dopiero przed dziewiątą, teraz na sztywno stoi wszystko od Łomianek. Podobno od 6:20. Węszę podstęp i wadliwie wykonaną wentylację w tunelu w stronę Centrum, bo jakimś cudem monstrualny koras dematerializuje się na światłach przy Karowej. Przy okazji spędzając fragment porannego życia podziwiam fragmenty powstającej infrastruktury i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jak już odbębnimy tę piłkarską szopę po prawej stronie Wisły, to Wietnamczycy będą mieli mnóstwo atrakcyjnych, zadaszonych miejsc sprzedażowych. Bo innego zastosowania dla tego molocha, co mi szpeci codziennie panoramę Mostu Świętokrzyskiego, nie widzę. Drugą atrakcją, która nie przestaje mnie fascynować od wiosny jest budowa fontanny na podzamczu. No rozumiem, poważna inwestycja, sikawka grająca starych mistrzów sama się nie zrobi, ale na Ozyrysa, pół roku!? I im większy korek na Wisłostradzie, a ja coraz dłużej patrzę i przecieram oczęta, że fontanny dalej nie ma, bo o obwodnicę i autostrady to aż boję się zapytać. O tunelach i drogach w Norwegii pisałam, nie będę się powtarzać. Tylko czasami westchnę cichutko w żalu nieutulonym nad naszą infrastrukturą.

Ale jak się okazuje infrastruktura to nie wszystko. W ostatni weekend kiedy to doszło do 350 wypadków przejechałam około 900 km. Z Żoliborza w Beskidy mam 420 km. W zasadzie cały czas dwupasmówkami. Polskimi dwupasmówkami, więc co chwila stoi ograniczenie i fotoradar. Ja może i głupio pieniądze wydaję, ale wyrzucać ich na mandaty nie lubię. To zwalniam. Jak jest pusto i szeroko, to mniej zwalniam. Młody jako pasażer idealny kierowcę zabawia wytworną konwersacją, poi, karmi, podaje ciemne okulary, obsługuje playlistę i śpiewa ze mną Kaczmarskiego na całe gardło. To ostatnie jedynie jak jedziemy we dwójkę, bo poziom muzyczny prezentujemy wyrównany i nieco odbiegający od społecznie tolerowanego poziomu. Tak więc pędziliśmy przez polską dzicz, w czwartkowy wieczór, z niezłym wynikiem, bo w te Beskidy, zwalniając do 70 km/h gdzie było trzeba, dojechałam w pięć godzin.

W czasach kawaleryjskich wspinałam się w Tatrach. Nie, żeby jakoś wyczynowo, za leniwa na to jestem, ale jakąś nagrzaną słońcem granitową płytę przełoić lubiłam i wśród pięciostawiańskich łojantów trochę życia zostawiłam. I kilku kumpli pochowałam. Młodzi byliśmy, durni jak puste wiadra, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że to co robimy może być ryzykowne. A śmierć bliskich przyjaciół ciekła zimną strużką wzdłuż kręgosłupa. Marek Nieciecki, Kuba Paszkowski. Patetyczne sceny, prawie jak Cybulski. Jakoś musieliśmy sobie z tym radzić albo dać sobie z tym wspinaniem spokój.
I w ostatnią niedzielę, podjeżdżając pod dom poczułam tę samą ulgę spływając z karku, którą się znosiło w plecaku z Zamarłej. Tym razem się udało. Jeszcze tym razem się udało. Może następnym razem też się uda. Nie ma mnie w tych weekendowych liczbach.

Bo jazda po polskich drogach to gra komputerowa. zręcznościowa platformówka, strategia wymagająca błyskawicznych decyzji i Need for Speed IRL. Tyle, że nie ma wczytywania save'a ani drugiego życia, o czym część współużytkowników dróg wydaje się nie pamiętać.
Jazda po polskich drogach to sport ekstremalny i zastrzyk adrenaliny dla idiotów. Przy testach na prawo jazdy nie bada się skłonności do brawury, nie robi się testów osobowości, żeby wyeliminować psychopatów i raptory. Prawo jazdy dostaje każdy, kto wkuje kilka prostych testów i ma minimalną pamięć mięśniową, żeby opanować trzy trywialne manewry. Najtrudniejsze jest przewidywanie przy dużej prędkości. A tego nikt nie uczy. Nie uczy się też zdolności przewidywania, która sprawia, że nie zostajesz nagle na skrzyżowaniu blokując ruch w obie strony. Kiedyś wymyśliłam, żeby w testach na prawo jazdy wprowadzić szachy. Zdolność przewidywania więcej niż dwóch ruchów do przodu byłaby przydatna potencjalnemu kierowcy. Ktoś ze znajomych ze smutkiem wtedy stwierdził, że wystarczy kółko i krzyżyk. I kilka osób, które próbują mnie zabić by się wyeliminowało.

Rozmawiałam z wykształconym ojcem rodziny, facetem w wieku co najmniej średnim, który po moich drogowych opowieściach ubolewał, że w Norwegii nie można poszaleć. Ano pewnie można, tylko to dosyć kosztowne jest. I ja bym się jednak trochę wstydziła, bo tak się bawi, tak się bawi Europa Wschodnia i jak już wspominałam największe szaleństwo widziałam na Łotwie w wykonaniu SUVów na białoruskich numerach. Umieli się chłopaki, na czwartego, na skrzyżowaniu, pod prąd zabawić. Odesłałam zdegustowanego rozmówcę na drogi Białorusi, co chyba nie do końca spełniło jego oczekiwania i wygląda na to, że nie do końca zrozumiał o co mi chodzi jak mówiłam, że w cywilizowanym świecie łamanie przepisów to jednak trochę obciach.

Z trasy podczas telefonicznej konferencji Petruchiem (przez zestaw słuchawkowy, a jakże) po raz kolejny obiecałam jechać ostrożnie i zadzwonić jak dojadę.
— Wiesz, że jadę jak emeryt — przypomniałam.
— Jak ci GPS mówi, że dojedziesz w 5,5 godziny to jedziesz jak rześki emeryt — podsumował mnie Petruchio i chyba coś w tym jest, co mówił.

Nie mamy dróg, nie umiemy ich budować, nie umiemy spokojnie jeździć i nie mamy instynktu zachowawczego. Gdyby nie to, że przemieszczanie się stanowi istotną treść treści mojego życia najchętniej zakopałabym się w kompoście albo zamknęła w piwnicy i tam spędziła kolejne weekendy. Bo czasami boję się, że limit farta na polskich drogach kiedyś mi się wyczerpie.

Starsze wpisy >>

Mechaniczna pomarańcza


Szukajka