Jak wskrzesiłam dziadka Marksa

Pierwszy raz pojechałam na europejski trip w 1991 roku. Szramy po komunie były wtedy jeszcze całkiem świeże, a Wielki Świat nie zaczynał się w Słubicach. Co więcej Słubice i tereny byłego NRD omijało się wtedy dużym łukiem, bo podobno tam bili.

Wielki Świat zrobił nam wtedy tę uprzejmość, że zniósł wizy i żeby pojechać zobaczyć Paryż wystarczył paszport, który ku zdumieniu wszystkich, można było trzymać w szufladzie.
Paszport okazywało się na granicach, ale Oni mieli już chyba jakieś Schengen, bo na granicy niemiecko-francuskiej udało mi się spowodować spory korek, kiedy zostawiłam samochód na środku drogi, wysiadłam i uparłam się komuś pokazać paszport. Łatwo nie było, żywego ducha w tych budkach nie znalazłam i pojechałam w końcu bez pieczątki z poczuciem popełniania jakiegoś potężnego wykroczenia. Dzięki tej samej lekkomyślności krajów zachodnich, dwa tygodnie później wjechałam do Szwajcarii, do której wizy trzeba było mieć, samochodem na francuskich numerach. Ale to inna historia.

Jak teraz myślę o tej podróży, to robi mi się troszkę słabo. Jechałyśmy we trzy osoby, maluchem, na dachu mieliśmy wczesny prototyp skrzyni Thule, czyli przywiązaną na sztywno tekturową walizkę, pamiętającą chyba dwudziestolecie międzywojenne. Poza tym miałyśmy namiot, butle gazowe i cały bagażnik malucha artykułów spożywczych o przedłużonej trwałości. Przyznam, że jak teraz pakuję kampera na czterotygodniowy wyjazd, to mam wrażenie, że nie tylko zrobiłam karierę od pucybuta do milionera, ale dodatkowo mam w życiu cholernie dużo szczęścia. I, że wtedy w tego kampera na pewno bym nie uwierzyła.


Walizka była opakowana w torbę po rowerze Wigry 3.

Echa tej podróży pojawiają się w moim życiu dość często, bo przejechanie sześciu i pół tysiąca kilometrów przez Pragę, Norymbergę, Paryż, Chamonix, Laurowe Wybrzeże, Rzym, Wenecję i Wiedeń, przeładowanym maluchem, który był uprzejmy czternaście (słownie czternaście) razy się zepsuć, to było naprawdę traumatyczne przeżycie.

Jednym z etapów była wizyta u znajomych na pograniczu francusko-szwajcarskim. Znajomi postanowili zrobić nam frajdę i zafundowali nam wjazd kolejką na Aiguille du Midi, czyli jeden ze szczytów w masywie Mont Blanc.

Byłam wtedy u szczytu swojego obłędu związanego z górami i wspinaniem, więc lepszego prezentu zrobić mi nie mogli. Czułam się też Strasznie Wielkim Taternikiem i co sie z mojej biednej matki ponaśmiewałam po drodze, to moje. Że zaraz się w tych klapkach zabije, że dużej góry z bliska nie widziała, że choroba wysokościowa zaraz ją pokona. Jak wiadomo ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Cokolwiek nadprzyrodzonego te moje szyderstwa słyszało, zemściło się srodze i postanowiło przeciągnąć mnie pod kilem mojej własnej złośliwości.

Po wjechaniu zdziwiło mnie, że jeden podest jest zajęty przez śpiących pokotem ludzi, ale nie miałam czasu się tym zająć — zwiedzałam. Góra piękna, pogoda wspaniała, widoki prześliczne. Moje ADHD dało o sobie znać i latałam po stacji kolejki jak tchórzofretka na sterydach, robiąc tyle zdjęć na ile mi pozwoliła ilość posiadanej kliszy. Przypominam rok był '91, więc nawet lustrzankę wtedy nie każdy miał...

Latałam po stacji do czasu... Wjazd z Chamonix (1035 m n.p.m.) na szczyt 3842 m n.p.m. musiał zaboleć. Jeśli do tej pory o chorobie wysokościowej słyszałam w teorii, tak miałam okazję obejrzeć ją z bliska i wszystkie szyderstwa odpokutować.
Złożyło mnie miej więcej godzinę po wjechaniu na szczyt. Jeśli kiedykolwiek przedtem i kiedykolwiek potem bolała mnie głowa, tak Aiguille du Midi uważam za punkt odniesienia. Bardziej nie bolała mnie nigdy. Tramalu nie miałam, ketonalu też nie. Aspiryna nie działała. Zresztą ani lekarstwa, ani nawet płyny nie trzymały się mnie przesadnie długo, więc może lepiej, że nic nie miałam.

Bilety na kolejkę sprzedawano na określone godziny wjazdu i zjazdu, więc efekt był taki, że ten podest zajęty przez śpiących ludzi był miejscem spoczynku tych nieodpornych na gwałtowne zmiany ciśnienia. Tamże, skruszona, zaległam i ja. Nie muszę oczywiście dodawać, że moja mać nie zaległa nigdzie, pijąc kawę i paląc kolejnego papierosa, lekko znudzona, jak zawsze, bez wysiłku doczekała do naszej godziny odjazdu.

A ja siedząc na peronie stacji czułam się jakbym czymś bardzo ciężkim dostała w głowę nie raz, ale 3842 razy. Stacja była wykuta w skale i echo niosło się w niej uczciwie. Musiała mnie już wtedy ta głowa przestać boleć, bo ciosów odbiciami wrednych fal dźwiękowych nie pamiętam, ale zapewne nie czułam się jeszcze do końca dobrze, bo pohukiwania hop hop dość szybko mi się znudziły i postanowiłam przetestować akustykę pomieszczenia.

Tu warto nadmienić, że natura wyposażyła mnie w bardzo donośny głos, obejmujący ponadnormatywna skalę, wrodzoną umiejętność emisji dźwięku z przepony i relatywnie duże płuca, co do kupy sprawia, że mogę się drzeć bardzo głośno, bardzo długo i bardzo donośnie. Żeby nie było za dobrze nie wyposażyła mnie niestety, w najmniejszy nawet ślad słuchu muzycznego. Mówiąc krótko — jak próbuję śpiewać, efekt jest iście piorunujący.

W wyniku powyższych niedoborów melodie, które jestem w stanie odtworzyć tak, żeby postronny słuchacz wiedział, co śpiewam nie mogą być zbyt skomplikowane. Szczególnie dobrze wychodzą mi pieśni patriotyczne i hymny podniosłe typu Warszawianka czy Marsylianka, Oda do radości, hymn ZSRR i ... Międzynarodówka. No, właśnie.

Siedząc w świetnej akustyce kolejki na Mont Blanc, z głową po której myśli obijały się jak echo po skałach, nagle ni z tego ni z owego, na całe gardło zaśpiewałam Międzynarodówkę. Zaśpiewałam, to łagodnie powiedziane — pełną piersią wydarłam się na cały regulator w jaskini pełnej ludzi czekających na kolejkę.

Ludzie zamilkli, część zaczęła się nerwowo śmiać, a ja nie zniechęcając się doszłam do refrenu. I wtedy dziadek Marks ze wzruszenia poruszył się w grobie. Stojący obok mnie ludzie zaczęli tę Międzynarodówkę śpiewać razem ze mną — każdy w swoim języku. Słyszałam niemiecki, francuski, włoski, angielski i rosyjski. A i to chyba nie wszystko. Tak nam się spodobało, że zaśpiewaliśmy chórem jeszcze raz, pointegrowaliśmy się w mieszance języków europejskich i doczekaliśmy się w końcu na tę kolejkę.
Musiałam potem w kolejce wyjaśniać, że nie, nie jestem komunistką i tak, my Polacy naprawdę nie lubiliśmy komuny. Tylko tak jakoś mi się tu samo zaśpiewało...

Od tego czasu jak słyszę Międzynarodówkę, nie przypominają mi się mroczne czasy, kiedy to w telewizji puszczano utwór z okazji zjazdów Partii i pogrzebów pierwszych sekretarzy, ale przypominają mi się Alpy, słoneczny szczyt Południowej Iglicy i koszmarny ból głowy, który wyleczyłam prawdziwym, socjalistycznym internacjonalizmem.
Czego i Wam życzę.

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni

Zapisałam się do stowarzyszenia pacjentów, chorujących na to samo co ja. Mam źródło informacji, możliwość zbierania 1%, ułatwienia w zabiegach, rehabilitacji i pomoc w nagłych przypadkach. A poza tym w kupie, jak by nie mówić, raźniej. Ale ja nie o tym.

Poza www organizacja ma biuletyn informacyjny. Wielkie słowo biuletyn. To skserowana, złożona na pół kartka A4 z informacjami o spotkaniach, wykładach, zajęciach i innych imprezach typu rejs statkiem czy lot balonem. Wszystko za darmo albo za bardzo nieduże pieniądze. Stowarzyszenie jest OPP plus zapewne ma jakieś dotacje, więc ma z czego organizować i chętnych też ma. Ja raczej nie korzystam. Kiedyś wzięłam udział w konkursie fotograficznym, wygrałam i dostałam gorzką czekoladę. To pozwala zlokalizować pozycję stowarzyszenia na ringu wolnego rynku.

Patrzę na nich z sympatią. Pomagają, raz do roku przysyłają mi kalendarz, raz na kwartał informacje, są mili i pochylają się nad biednymi chorymi, których z dużym rozbryzgiem olewa NFZ. Za dużo nie zrobią, bo jak wielokrotnie wspominałam, najtańsze leki to 3000 zł miesięcznie, ale przynajmniej w miarę postępowania choroby mozna sobie pójść i obejrzeć, że innym też jest źle i wspólnie ponarzekać.

I tak raz na kwartał, jak przychodzi informator, mimo najszczerszej sympatii, zaczynam być zła w połowie trzeciej z czterech stron, gdzie zaczynają się plany wakacyjne i oferowane wycieczki. Tamże czytamy: pielgrzymka do Rzymu w programie msza na grobie Błogosławionego oraz audiencja generalna (jeśli będzie możliwość — rozumiem, jeśli Jego Świątobliwość do tego czasu nie przeniesie się do zwierzchnika). Plus zwiedzanie kilku kościołów i Muzeów Watykańskich. Z obiektów pozasakralnych — place i fontanny.

Zaledwie miesiąc później można się wybrać na rekolekcje ignacjańskie. Specjalnie dla chorych. Bardzo słuszna decyzja. Przy stanie naszej służby zdrowia, nieodzowną cechą każdego pacjenta, a już szczególnie chorego na nieuleczalną chorobę przewlekłą, jest cierpliwość. Dużo cierpliwości. Codzienna modlitwa o zdrowie też na pewno nie zaszkodzi, zwłaszcza, że często jest to jedyna dostępna metoda leczenia.

Zaś wczesną wiosną chorzy za niewielką opłatą mogą udać się na pielgrzymkę do Częstochowy. W programie msza w kaplicy cudownego obrazu. Jak nie pomoże Błogosławiony Rodak, zawiodą rekolekcje, niezawodna może okazać się Najświętsza Panienka.

Z wielu paskudnych cech, które dostałam na wyposażeniu, najbardziej cenię ten zakątek mojego mózgu, który pozwolił mi nie nawrócić się gwałtownie w momencie otrzymania kłopotliwej diagnozy. Szukanie pomocy u czynników nadprzyrodzonych jest reakcją tak ludzką i naturalna, że ją rozumiem i nawet trochę się dziwię, że udało mi się wybronić. Mimo wszystko cieszę się, że dany mi na wyposażeniu racjonalizm i brak wiary w możliwość interwencji dowolnie wybranej Bozi w stan mojego zdrowia.

Ja to racjonalne miejsce w mózgu mam. Przypuszczam, że nie tylko ja. Szanuję tych, którzy uważają, że poprawę zdrowia zawdzięczają modlitwom. Jestem wdzięczna tym którzy modlą się za moje zdrowie. I dziwię tym, którzy nie mają żalu, że po modlitwach i pielgrzymkach ich stan zdrowia się nie poprawia. Bóg kocha cierpiących.

Żałuję tylko, że stowarzyszenie chorych nie ma do zaoferowania żadnej wycieczki nie połączonej z modlitwą. Nie oferuje nic ateistom, Żydom, prawosławnym i protestantom. Żałuję, że pępowina łącząca nas z Kościołem, nie jest pępowiną, bo ta wymaga jednego zdecydowanego cięcia i pielęgnacji kikuta, żeby się nie zaczęło paskudzić, ale plechą przerastającą nasze społeczeństwo w tak wielu miejscach, że odgrzybienie będzie trwało bardzo długo.

Widzowie bierni i czynni

Kiedy byłam małą dziewczynką z kretyńską grzywką Dziwnej Emilki, byłam święcie przekonana, że moja Babcia jest wielką admiratorką talentu Luisa de Funes. Nie były to czasy torrentów i YT, dostarczających dowolny film w dowolnie krótkim czasie. Dobro było dawkowane w dwóch, czarno-białych kanałach, z czego program 2 działał tylko przez kawałek doby. Niemniej filmy z Luisem się zdarzały, zazwyczaj w dziwnych godzinach, więc oglądałyśmy je z Babcią, bo matka zdaje się wtedy zwykle była w pracy.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że Babcia umarła, jak miałam dwanaście lat, więc nasze seanse musiały się odbywać znacznie wcześniej, a śmiałyśmy się obie tak, że nie wiem jak Babcię, ale mnie całkiem konkretnie bolał potem brzuch.
Wiele lat później dowiedziałam się, że Babcia wcale nie śmiała się z filmu, ba, nawet go nie oglądała. Babcia śmiała się z tego jak ja się śmieję. Poczułam się trochę wykorzystana.

Wtem minęło dwanaście strzałów znikąd i ehmdziesiąt lat i poczułam się tak samo. Zamiłowanie do filmów z Luisem mi przeszło, sentyment do Najgorszych Filmów Świata pozostał, a na co dzień chętniej oglądam telewizję informacyjną (nie będzie reklamy) niż produkty zarówno rodzimej i obcej kinematografii.
I tak oto dotarło do mnie, że mój osobisty AJS, mający obojętnie zainteresowany stosunek do polskiej polityki, bardzo lubi oglądać nie newsy i wystąpienia naszych polityków, ale moje reakcje na nie i nie do końca nadające się do publikacji komentarze, które głośno wyrażam w stronę telewizora.

Może ja powinnam zainteresować się postawieniem podcastu w którym będę okazywała światu moje żywe zainteresowanie polityką? Sądząc z radosnego, pełnego aprobaty chichotu, który niesie się po mieszkaniu przy wystąpieniach niektórych polityków, sukces mam gwarantowany.

Lubię wrony

Bo wrony są siwe.

W berżeretkach, balladach, canzonach
Bardzo rzadko jest mowa o wronach,
A ja mam taki gust wypaczony,
Że lubię wrony...

Los im dolę zgotował nielekką:
Cienką gałąź i marne poletko,
Czarne toto i w ziemi się dłubie -
-a ja je lubię...

Gdy na polu ze śniegiem wiatr wyje,
Żadna wrona przez chwilę nie kryje,
Że dlatego na zimę zostają,
Że źle fruwają...

Ale wrona, czy młoda, czy stara,
Się do tego dorabiać nie stara
Manifestów ni ideologii -
-i to ją zdobi...

Gdy rozdziawią dziób - wiedzą dokładnie,
Że ich głosy brzmią raczej nieładnie,
Lecz nie wstydzą się i nie tłumaczą,
Że brzydko kraczą...

I myśl w głowach nie świta im dzika,
By krakaniem udawać słowika,
By krakaniem nieść sobie pociechę -
- i to jest w dechę!

Żadna wrona się także nie łudzi,
Że postawi ktoś stracha na ludzi,
Co na wrony i we dnie, i nocą
Czyhają z procą...

Wrony fruną z godnością nad rżyskiem,
Jakby dobrze im było z tym wszystkim,
I w tym właśnie zaznacza się wronia
Autoironia.

Nie udają słodyczy nieszczerze,
Mężnie trwają w swym schwarzcharakterze,
Nie składają w komorę zasobną,
Jak więcej dziobną.

Wiedzą, że - mimo wszelkie przemiany -
Nie wyrosną na rżysku banany,
Nie zamienią się w kawior pędraki,
Bo układ taki...

W berżeretkach, balladach, canzonach
Bardzo rzadko jest mowa o wronach,
A ja mam taki gust wypaczony,
Że lubię wrony...

Los im dolę zgotował nielekką:
Cienką gałąź i marne poletko,
Czarne toto i w ziemi się dłubie -
- a ja je lubię,
A ja je lubię...

Młynarski & Gaba Kulka

Oś symetrii jest krzywa czyli jeszcze o 11.11

Bojówki zrujnowały Warszawę. Prawica pobiła się z lewicą. Prawicowi bojówkarze starli się z lewakami, do tego z importu. Z prawej strony internetu, w mniej lub bardziej obłąkanych serwisach i platformach blogowych obraz świata jest prosty i nieskomplikowany: owszem kilku kibiców zwaśnionych drużyn się zirytowało i zachowali się niegrzecznie, ale te lewicowe bojówki z Niemiec, co zdemolowały miasto, to naprawdę jest problem, nie dość, że zniszczyli nasze przepiękne święto to wyrywali bruk. W miarę klasyk i norma. Ale jak medialny meinstrim jest w stanie wyprowadzić prostą symetrię albo przynajmniej jakąkolwiek analogię między setkami rozsierdzonych kiboli, którzy faktycznie zdemolowali miasto, a szeroko pojętym lewactwem, to trzeba mieć optyczne wyrównywanie symetrii w oku.

Top Secret

Spróbowałam to sobie poukładać.

Lewackie bojówki ganiały po Nowym Świecie.
True. Ale zdaje się, nic nie zdemolowały i bez specjalnego oporu dały się zdjąć policji. I już o 13:00 słynni Niemcy siedzieli na komendzie. Zresztą wypuszczeni w większości bez zarzutów.

Niemcy zaatakowali grupę rekonstrukcyjną.
True. Jakaś zadyma była. Mam wrażenie, że z obopólną aprobatą. Dramat, przemarsz ekip rekonstrukcyjnych musiał przejść zmienioną trasą, a jeden uczestnik doznał oplucia polskiego munduru przez Niemca. No dobra, to słabe, ale dalej nie ma demolki i agresywnego tłumu.
False. Brak pokrzywdzonych, a jedyna ofiara okazała się trochę naciągana i nie do końca wiarygodna.

Nie wiem jak wygląda pobicie, ale dwóch na jednego, w dodatku z kolbami, to banda łysego.
Za Kontakt24
(tutaj więcej)

Na Placu Konstytucji lewacy pobili się z kibolami.
False. Lewacy stali w rządku, za kordonem policji, a kibole rzucili się na policjantów jeszcze zanim Marsz wyruszył. Nie było bitwy lewaków z kibolami, był szturm kiboli na policję.
Nigdzie w całym internecie, również prawicowym nie ma zdjęcia czy filmu na którym lewacy demontują kostkę Bauma albo z użyciem konkretnych narzędzi tłuką policję, dziennikarzy i szyby wystawowe, samochody i przypadkowych przechodniów. A lewacki prowokator, który strzelił w dziób fotoreportera, poszukiwany przez prawicową blogosferę, okazał się kibicem Legii. Gratulacje, chłopaki, well done.

Gdyby nie było wiecu na Marszałkowskiej kibole by nie zaatakowali.
False. Kibole na swoich forach ustawiali się na pranie "psów" i gdyby tam nie było Kolorowej, poszliby z kamieniami na policję. Tak jak na pl. Na Rozdrożu, gdzie lewaków nie było, a demolka owszem. Zapewne zarówno lewakom, jak i TVN24 się należało, ale dalej mam wrażenie, że gubimy perspektywę, kto tu jest ofiarą.

Blokada legalnej, zgłoszonej manifestacji jest nielegalna.
True. Nikt nie blokował. Na Marszałkowskiej odbył się legalny wiec, który wprawdzie sprzeciw miał okazać, ale zablokował niewiele, bo trasa marszu nie była znana i prawdopodobnie od początku miała prowadzić Waryńskiego, Spacerową, koło prawicowych fetyszy w postaci ambasady Federacji Rosyjskiej i siedziby Uzurpatora Prezydenta Komorowskiego, aż do ich ulubionego Dmowskiego.

Kolorowa Niepodległa zablokowała przemarsz i wyzwoliła agresję kiboli.
False. Nic nie zablokowała, a kibole przyszli wyłącznie, żeby się sprawdzić w boju, jak piszą na swoim forum — przed EURO 2012.

Gdyby nie było Antify kibole by nie atakowali Kolorowej.
False. Przyszliby pobić pedałów.

Odziana na czarno Antifa na peryferiach wiecu Kolorowej tłukła kiboli i stwarzała dysonans kolorystyczny z deklaratywnym.
False. Stałam na tychże peryferiach i to kibole przybiegali tłuc Antifę. I wprawdzie Antifa wcale była nie od tego, to karnie cofała się i pozwalała Policji robić co do niej należało.
True. Mogli się ubrać bardziej kolorowo.

Antifa obroniła Kolorową
False. Kolorową obroniły trzy kordony oddziałów prewencji.

Zatem, jeśli jeszcze raz usłyszę o symetrii, dwóch walczących grupach, walkach lewaków z prawakami, zwalczających się środowiskach, które zdemolowały miasto, to oflaguję się, przykuję albo pójdę coś zablokować. Bo symetrii nie ma.
Kibole przyjechali na Marsz Niepodległości, żeby wywołać burdę. I naprawdę bardzo chciałabym wierzyć, że żaden z organizatorów o tym nie wiedział. Bo na własne uszy słyszałam (chyba) Winnickiego, który przed Marszem opowiadał, że za ochronę Marszu i oprawę pirotechniczną odpowiadają zaprzyjaźnione kluby kibicowskie. Faktycznie, oprawę im zrobili wystrzałową.
Kibole zdemolowali Warszawę.
Kibole rzucali racami i kamieniami w policje i rzucali by w nas, gdyby nie policja.
Kibole pobili policjantów.
Kibole zniszczyli samochody policyjne i wozy transmisyjne.
Kibole tłukli dziennikarzy.
Kibole polowali na ludzi w metrze.

Lewacy opluli mundur i biegając po Nowym Świecie spowodowali konieczność zmiany trasy przemarszu ekip rekonstrukcyjnych. I wzięli udział w zgromadzeniu.

Symetria -1. CDBU.

Mazury. Euro 2012 inspired.

Szczęśliwie Mazury nie wygrały. Zadałam sobie trud i ku zdumieniu hurrapatriotów, pracowicie głosowałam na Amazonkę. A dlaczego? To akurat dosyć proste. Zdumiewa mnie tylko fakt, że w akcję dobicia Mazur włączyli się artyści, politycy i ludzie, na pierwszy rzut oka umiejący wnioskować.

Mazury nie są żadnym cudem, a już na pewno nie większym niż kilkaset tysięcy kilometrów kwadratowych Finlandii, z czego 10% to wody śródlądowe. Mówiąc krótko, dla nas Mazury są cudem, ale przywieziony tu Fin umrze ze śmiechu, że wytrząsamy się nad całkiem zwyczajnym spłachetkiem

Mazury są brzydkie, bo małe. Ponieważ każdy warszawiak chce mieć tu daczę, a prawo budowlane i ustawa o ochronie środowiska, to raczej luźne sugestie niż prawo, Mazury wyglądają, jak wyglądają — są upstrzone paskudnymi latyfundiami tuż przy linii brzegowej.

Mazury są nasze, jeszcze kawałkami dzikie i piękne. Jeśli ogłosimy je cudem przyjedzie tu jeszcze więcej ludzi. Owszem dacze warszawiaków zyskają na wartości jako nieruchomości, stojące na terenie Cudu Natury, ale gdzieś trzeba będzie wybudować hotele dla zagranicznych gości, którzy z całkowicie niezrozumiałych powodów nie chcą mieszkać w wynajętym pokoju u pani Kazi, z dostępem do łazienki gospodyni, gdzie można zwiedzać suszącą się jej zdumiewającą bieliznę, i ciepłą wodą w soboty. Przez godzinę. Ergo na miejscu dacz warszawiaków staną wielkie hotele, które w związku ze wspomnianymi luźnymi sugestiami będą spuszczały ścieki do jezior i dumnie eksponowały pastelowe elewacje i okna z PCV w linii brzegowej. Las jest przereklamowany.

Jak już będziemy mieć te hotele, ewentualnie przekonamy gości zagranicznych, że pokój kątem u pani Kazi ma wartość dodaną jak mieszkanie w rezerwacie Indian, to oni faktycznie przyjadą. I będzie ich dużo. Po lesie przejdą tysiące stóp, na wodę wypłynie tysiące łódek, wyrzucających tysiące śmieci, robiące tysiące kup i odpalające tysiące wzmacniaczy z muzyką. Nie mam raczej fobii społecznej, ale na myśl o tym robi mi się słabo.

Nie chcę, żeby Mazury rozkopano i budowano tam drogi. Co nie znaczy, że drogi by się nie przydały, ale jak zaczniemy, to patrząc na to jakie mamy tradycje budowlane w Polsce, przez następne dziesięć lat wszystkie dojazdy na północ będą nieprzejezdne. A, że przy okazji sołtys wytnie kilka hektarów, żeby powiększyć areał szwagra. Życie. W Polsce.

Jednym słowem — wszystkie osoby, które zagłosowały przeciwko Mazurom, uratowały nam przepiękny kawałek kraju. Dziękujemy.

Dorosłe dzieci i kulawe koty

Zgubiłam moment kiedy przestałam sprawdzać zeszyty i nie muszę codziennie po pracy zasiadać do odrabiania lekcji z cholernie trudnym dzieckiem. Szkoła już zepsuła, co miała zepsuć. Dziesięć lat temu, na pierwszym rozpoczęciu roku, pani wychowawczyni, której obydwoje zawdzięczamy spokojne kilka lat i bezpieczny start, powiedziała z pogodnym uśmiechem specjalisty nauczania początkowego:
— Dzieci prezentują różny poziom, ale to się wyrówna.
— Niestety, wiemy — skomentował wtedy ponuro głos z sali. I po wielokroć miał rację.

Dzisiaj do mnie dotarło, że młody jest cholernie duży i muszę napisać, że jestem cholernie dumna, że jak dzisiaj wrócił z rozpoczęcia roku, z trudem wbity w prawie cywilizowaną odzież i kiedy zobaczył, że kot Papryś nie tylko utyka, a nawet jest kotem trójnogim, to zaalarmował całą rodzinę, nie dał sobie wytłumaczyć, że to naprawdę może poczekać i piechotą, z czterokilogramowym kotem w kontenerze dostarczył kota do weterynarza. A najbliższy weterynarz wcale nie jest blisko.

Okazało się, że larum miało sens, bo kot Papryś poranił łapkę na jakimś ogrodowym wypadzie, wymagał usztywniającego opatrunku i długo działającego antybiotyku. I karceru. Młody kota obsłużył, własną kartą zapłacił i umówił się na kontrolę w sobotę.
A do mnie dotarło, że moje dziecko jest prawie dorosłym człowiekiem. Mentalnie, a za rok metrykalnie.

Dzisiaj po raz kolejny nie poszłam na rozpoczęcie roku. Od jakiegoś czasu nie jestem tam potrzebna. Za rok pójdę, bo to będzie ostatni raz. I we wrześniu będziemy jeździć na wakacje.

O wakacjach też kiedyś napiszę...

Ale najpierw trzy słowa o kamperach. Czyli jak w jednym tekście zawrzeć większość rodzinnych bon-motów.

Na chorobę popromienną Lugol jest najlepszy

Są miejsca, które za mną chodzą. Nawet kiedy o nich nie myślę, nie planuję wyjazdów. Ale kiedy znalazłam się w świecącej złośliwie jadowitą zielenią Zonie, w rozkradzionej Prypeci, w wyludnionym Czarnobylu, to nawet nie miałam siły, żeby się ucieszyć. Chociaż Czarnobyl chodził za mną od 1986, kiedy na majowy weekend pojechałam na jeden z moich fajniejszych wyjazdów w Tatry. Jeden z fajniejszych, bo jeden z pierwszych. A potem umarło dziecko sąsiadów i mówili, że to przez promieniowanie.

Zgodnie z moim niesamowitym fartem w życiu, który pozwala mi w idealną precyzją trafiać w najmniej optymalne terminy, moja, nieco wadliwa soma, tydzień przed wyjazdem odmówiła współpracy. Metodą łagodnej perswazji i postawieniem w sytuacji braku wyboru udało mi się kapryśnej somie przeciwstawić. A może pomogła nie tyle perswazja, co założenie, że postura u mnie nikczemna, ale duch mocarny i najwyżej mnie za nogi do samolotu młody zawlecze.
Niestety ubocznym skutkiem tego było, że zamiast skupiać się na kadrze, wzrok miałam z lekka przymglony i skupiałam się na tym, żeby w miarę pion utrzymać. Posiłkowałam się w tym moją ulubioną laską teleskopową turystyczną, wychodząc z założenia, że z moim nieco chwiejnym krokiem z laską wyglądam jak niepełnosprawna ofiara, ale bez laski jak pijana. Na Ukrainie może to nawet nie raziło, ale jakoś nie miałam ochoty.

Przepędzili nas po stałych punktach programu: dom kultury, biblioteka, szkoła, przedszkole, basen, komisariat, poczta, szpital... Niektóre miejsca umiejętnie wystylizowane. Piętnaście minut, dwadzieścia, godzina, trzask, trzask, pstryk, bramka dozymetryczna, obiad... Wydeptane ścieżki dla zachodnich turystów. Nie pokazali elektrowni, co mnie może i nie dziwi, nie pokazali Oka Moskwy, nie pokazali też nic poza sprawdzonym kanonem turystycznym. Jakkolwiek głupio by to zabrzmiało w Czarnobylu, bo turystyka na wysokim poziomie tam kwitnie. Pokazali nam to, co wolno pokazać, ale nie dało się wywietrzyć smrodu Związku Radzieckiego.
Niestety rykoszetem cichym, acz uciążliwym, mojej wadliwej somy było to, że klatki z tego co mijałam mam w oczach, bo zdjęć wprawdzie zrobiłam dużo, ale wszystkie słabe. I mam wrażenie, jakby wszystko działo się obok mnie.

Całość przygnębia... Miłość i dobro, dla wszystkich, za darmo, miałam ochotę wrzeszczeć w pewnym momencie. Ale uczciwie mówiąc poza czającą się grozą wymarłych blokowisk, widziałam już bardziej dekoracyjne śmietniki i niszczejące gruzy, robiące większe wrażenie.
W Prypeci nie ma nic. Są puste, zrujnowane, kompletnie rozkradzione budynki. Spodziewałam się wymarłego miasta z którego dwadzieścia pięć lat temu wyszli ludzie. Oczekiwałam zaschniętej owsianki na talerzu, otwartej szafy w ubraniami, niepościelonego łóżka... A zastałam puste mury, rozkradzione ze wszystkiego, co zmieściło się w drzwiach. Widziałam wannę.
Przy ostrzeżeniu, żeby nie wychodzić na dach czy patio, dotarło do mnie, że te wszystkie wyniesione stąd radioaktywne wersalki gdzieś stoją, w ciuchach ktoś chodził, garnków używał. I przez chwilę zrobiło mi się słabo, bo widziałam miejsca do których nasz przewodnik nie chciał podchodzić, a licznik Geigera-Muellera terkotał wesoło.

Nie przeraża i nie boli pełzająca śmierć za progiem... Cały czas miałam w tyle głowy słowa Jacka. Żałowałam, że nie wzięłam ze sobą Strugackich w pdfie. I w sumie nie dziwiłam się miejscowym, którzy rok po katastrofie wrócili do swoich domów.

O tym, że coś może być nie tak świadczyły tylko żółte trójkąty z czerwonym kwiatkiem. Ograny symbol, groźniejszy niż się wydaje nastolatkom w zabawnych tiszertach. Kontrastująca z ponurym opuszczonym blokowiskiem obłędna, świeża wiosenna zieleń.

Od Piknik na skraju drogi

Jak zniechęcić ignoranta do serialu

  • nic nie wyjaśniaj
  • mnóż bohaterów i wątki
  • aplikuj gwałtowne zwroty akcji, szczególnie te dotyczące lubianych bohaterów
  • jeśli bohaterowi w niewytłumaczalny sposób przez 19 odcinków wszystko się udawało, zadbaj, żeby się nie udało w 20
  • koniecznie zakończ sezon niewytłumaczalnym clifhangerem

Jestem niezagospodarowaną niszą. Startrek się nie liczy, bo to nie serial, to legenda, a i to po trzech sezonach odpadam. Momenty z True Blood oglądane w przyspieszonym tempie były nawet zabawne.
Serio chciałabym, żeby mi się jakiś serial spodobał na tyle, żeby chcieć obejrzeć siedem sezonów. I nie ustaję w wysiłkach.

Starsze wpisy >>

Mechaniczna pomarańcza


Szukajka