Bliźniaki w historii najnowszej
W ramach ogólnokrajowego patriotyzmu postanowiłam zaprzestać niekonstruktywnego krytykanctwa i przychylić się do wersji, iż kwiat narodu poległ w Katyniu. Podobnie jak pani Sariusz-Skąpska daję sobie prawo do mówienia — oni nie polegli w Katyniu. Zginęli w katastrofie samolotu. Daję sobie to prawo, bo w Katyniu leży z dziurą w tyle głowy mój dziadek. I nie planuję sypać mu kopca w ogródku.
Ale w ramach pozytywnego myślenia i wczuwania się postanowiłam twierdzić, że Bronisław Geremek poległ. Skala może trochę inna i śmierć Profesora nie wiązała się ani z hekatombą wśród polityków, ale też zakończył życie znienacka, jadąc pełnić obowiązki służbowe.
(I lojalnie ostrzegam, a jestem u siebie. Jak mi się w komentarzach pojawi jedna wesz, skłonna snuć hipotezy i podawać linki do jakiegoś psychiatrycznego serwisu, gdzie widomie wyłożone są przyczyny wypadku, to pogonię za ostatni brzeg zakresu IP. A wycinanie szamba mam naprawdę opanowane do perfekcji.)
W zasadzie zamiast siedzieć w domu, chodzić do pracy i prowadzić przykładne życie, powinnam spakować się w niewielki plecaczek, zabrać rybacki stołeczek i pojechać stawiać krzyż na środku autostrady A2. Ależ byłoby radości, jakby się okazało, że trzeba zmieniać trasę autostrady, bo ja tam siedzę z krzyżem, jem kanapki z mortadelą i śpiewam „Barkę”, a przecież nie uchodzi symbolu religijnego buldożerem.
I w zasadzie jakiś czas temu odpuściłam plątanie się w komentarze dotyczące polityki. Pewnie mam trochę przesyt, bo praca zawodowa winszuje mi komentarze wygłodniałych konstruktywnej dyskusji internautów. Znaczy przynajmniej część z nich poszukuje konstruktywnej dyskusji.
Jestem sierotą po Unii Wolności. Odkąd się skończyła głosuję nie za, ale przeciw. Czasami na raz: przeciw jakiejś opcji i przeciw sobie, bo aż się we mnie wewnętrzny lewak żoliborski skręca. Nie podoba mi się PO, bo to cwaniacka frakcja UW, byznesmeni za dychę z KLD i PiS-bis. A z braku innych możliwości głosowałam (niech mnie ktoś przytuli) na myśliwego z piątką dzieci, wzorowego arystokratę-katolika.
Mam poczucie, że jestem tą niezagospodarowaną dziurą, bo genetycznie, jak Wandę Wasilewską i Feliksa Dzierżyńskiego, Polaków z dobrych rodzin, ciągnie mnie na lewo, ale lewem SLD-owskim, postkomuszym brzydzę się jak diabli. I może nawet w SLD dałoby się znaleźć kogoś na kogo bym zagłosowała, ale całą pewnością nie byłby to ani Super-Szmaja, ani mazgaj Napieralski, płaczący na antenie TVN24 w dekolt Moniki Olejnik.
A tymczasem w kraju nad Wisłą lada chwila zaczniemy wymagać zbiorowej terapii. Etapy żałoby i jej przechodzenie to dość dobrze przeanalizowana działka w psychologii. I nie ważne, czy pochodzi ze strony dla rodziców czy ze strony silnie religijnej. Pewne elementy są stałe, widoczne i pierwszy, niefachowy rzut oka, wymagające pomocy, jeśli nie zostaną zakończone. A tymczasem na świeczniku i pierwszych stronach gazet mamy erupcję niedokończonej żałoby, szarpiącego się, osieroconego starszego pana, który nie radzi sobie z emocjami. Tym krajem chciał rządzić człowiek chory z żalu i obarczający wszystkich dookoła winą za swoją stratę. Tragicznie poległy, zamordowany przez...? Nic z tych rzeczy — tragiczny wypadek i tyle. Strata z którą Jarosław Kaczyński nie umie i chyba nie chce sobie poradzić.
Prawdopodobnie wielu z nas by się tak zachowało, gdyby straciło, co chyba nie podlega dyskusji, najbliższą osobę na świecie. Kawałek siebie. Szczęśliwie większość nie ma możliwości, żeby do swoich problemów z żałobą i stratą angażować struktury państwowe, partie polityczne, media i umęczony naród.
Co więcej — Jarosław nie kłamie zmieniając historię, robiąc ze swojego brata herosa opozycji i przywódcę strajku, nie kłamie, bo on naprawdę w to wierzy. Idealizowanie zmarłych, pamiętanie tylko dobrych rzeczy, naginanie rzeczywistości, żeby bliski którego opłakujemy był większy i wspanialszy — to naturalny mechanizm. Tyle, że tutaj mamy po prostu niespotykaną do tej pory skalę.
Moja babcia, której w 1938 roku zmarła ukochana córka, też żałoby nigdy nie przepracowała i nie zakończyła. Wyidealizowana sylwetka mojej ciotki, której ani ja, ani moje matka nie znałyśmy, towarzyszyła nam przez całe życie babci. Alina nigdy nie pyskowała, nie odzywała się nieparlamentarnie, zawsze wszystko zjadała z talerza, wieszała ręcznik, uwielbiała chodzić w gryzących rajstopach, nie marnowała wody, nie miała niestosownych znajomych, była ładna, mądra i zawsze grzeczna. A my to, żal mówić.
Czy my na pewno zdajemy sobie sprawę z jaką stratą zmaga się Jarosław? Nie mam rodzeństwa, jestem jedynakiem. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić nawet więzi łączącej z bratem/siostrą, a co dopiero więzi z bratem jednojajowym bliźniakiem, drugim mną. Badań nad bliźniętami jednojajowymi trochę jest, a tutaj mamy cenny przyczynek do kolejnych.
Cała para, całe ciśnienie, cały wysiłek osieroconego Jarosława idzie w przedłużenie istnienia brata. Niestety w tym przypadku bardzo skutecznie. Nie było żałoby — była kampania utrwalająca wizerunek. Nie ma żalu, bólu straty — jest walka o przedłużenie życia brata w pamięci społecznej.
Nie lubię braci Kaczyńskich, ale nie lubię ich w specyficzny sposób. Kiedy gruchnęła nowina, że Lecha pochowają na Wawelu moja pierwsza reakcja była:
— Ale jak to!? Chciałam, żeby Kaczyńskiego pochowali na Powązkach, żebym go dalej mogła tam nie lubić. Tak jak go nie lubię na Żoliborzu!
I teraz widzę, że wiernie wspierająca Jarosława ekipa, robi mu straszną krzywdę. Chociaż w sumie powinnam się cieszyć, bo jeszcze chwila tego obłędu i Kaczyński nawet przez zwolenników będzie traktowany jak nieszkodliwy wariat, który zmyśla historie o własnym bracie i nie może się pogodzić z jego śmiercią. I zniknie za kolejnym zakrętem historii.
Jestem skłonna mój tegoroczny 1% przeznaczyć na dowolnie wybraną organizację, która wybierze najlepszego psychologa, który z Jarosławem Kaczyńskim usiądzie, żałobę przerobi i pozwoli tego nieszczęsnego Lecha w końcu zakopać. Już im nawet ten cholerny Wawel odpuszczę, byle do Jarosława dotarło, że Lech naprawdę nie żyje. I żebym Jarosława mogła dalej nie lubić.
Siwo, mądrze piszesz.