Informatyzacja w domu i szkole
Antenatka uczy dzieci. Ostatnio uczy również nauczycieli, bo sie okazało, że należy prowadzić dziennik elektroniczny, a (tu odrobina dumy, bo spod mojej ręki wychodzą wyedukowane starsze panie) okazało się, że antenatka, która jest starsza od warszawskiej Starówki, w przeciwieństwie do młodszych kolegów, wymiata. Troszkę jej się merda, że czcionki są w Wordzie, a dlaczego w Windowsach też, czasami na pendrivie do domu jakieś paskudztwo przywlecze albo zgubi ustawienia wifi w swoim laptopie, ale ogólnie jak na swoje pokolenie, to jest nieźle. A nawet bardzo nieźle.
Dziennik elektroniczny należy prowadzić obowiązkowo. Problem w tym, że komputer jest jeden, w pokoju nauczycielskim, panie obsługujące go stukają jednym palcem, a całość przeraża wszystkich. Efekt tego jest taki, że antenatka wyłupała z młodego zeszyt i długopis, celem robienia notatek i przepisywania ich potem do dziennika elektronicznego. Przytomnie zapytałam, czy jeśli jest wymóg nowoczesności, to nie powinni im wstawić do klas terminale, na co antenatka ponuro powiedziała:
-- Mieli wstawić.
Zachichotałam, trochę ponuro i tak sobie myślę, że 40 lat na pustyni i wymarcie ostatnich urodzonych w niewoli, nie pomoże. Zaczynam mieć kuszące wizje spektakularnego kataklizmu wymiatającego ten kraj niedorajdów do Bałtyku. Jak patrzę za okno to mi się nawet wydaje, że nie tylko ja mam takie pomysły.
u nas dziś dali pierwszy wstępny pokaz tego dziennika, na którym lada moment mamy pracować;) poza paroma innymi zaletami (bo wad tego ustrojstwa też nie brakuje) cieszy mnie to, że mimo komputera na biurku w każdej klasie będzie się można do niego logować z każdego miejsca, gdzie będzie dostęp do netu.
[ale i tak już widzę lamenty niektórych zobowiązanych do korzystania z tego rozwiązania;)]