Antyfeminizm i samice alfa
Nie jestem feministką. Wprawdzie twarz mam taką, że Kazia Szczuka, z którą się na pewno nie znamy nawet dużo dalej, odruchowo mówi mi „cześć” na schodach w Agorze. Ale to pozory, bo baby mnie raczej wkurzają. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że wkurzają mnie też faceci. Pełne równouprawnienie.
Wychowałam się w rodzinie, w której tajemnicze kataklizmy dziejowe, ze szczególnym uwzględnieniem wojen i rewolucji, pochłaniały mężów i ojców. Efektem tego młody urodził się jako pierwszy od ponad 120 lat chłopiec w całkowicie sfeminizowanej rodzinie, jako syn matki-wariatki obdarzonej osobliwym, psotnym poczuciem humoru (to chyba cytat z psychiatrycznego opisu turetyków, ale nie dam głowy...). Jak się to odbije na jego delikatnej psychice dowiemy się już wkrótce (stay tuned...). Wstępna ocena głosi, że z młodym nie jest źle, a ja jako głowa rodziny całkiem się sprawdzam, stosując metody tyleż niekonwencjonalne, co skuteczne.
Charakterystyczną cechą rodzin w której nie występuje ojciec rodziny, samiec alfa [1], jest brak podziału na czynności damskie i męskie. Rzeczy muszą się dziać, ktoś te półki musi wieszać, gwoździe wbijać, szlifierkę oscylacyjną obsługiwać, koła zmieniać, komputery naprawiać, zawiłości świata objaśniać, po pyskach (zazwyczaj mentalnych) prać. Ale obiad też musi być ugotowany, lokal sprzątnięty, gacie uprane i dziecko do lekcji zagonione. Dymorfizm płciowy w czynnościach domowych nie istnieje. Zwłaszcza, że u nas jak już pojawił się facet, to się okazało, ze gotuje znacznie lepiej niż ja (o to akurat całkiem nietrudno), prowadzić samochodu nie lubi, a na komputerach się nie zna w ogóle. Ok, w budowlance i obsłudze szlifierki kątowej odpadam, ale całość jeszcze bardziej zamazała tradycyjny podział.
I zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam... jeśli wyjeżdżacie z obcym dzieckiem, to sprawdźcie, czy nie pochodzi z rodziny, w której jest tradycyjna mamusia i nie daj Panie, tradycyjna siostra. Bo może się okazać, że dziecko jest miłe i dobrze wychowane, ale wymaga obsługi, do której zupełnie nie jesteście przyzwyczajeni. I nie chodzi o to, że nie mogę powiedzieć: weź sobie herbaty, pozbieraj talerze, opróżnij zmywarkę, bo mogę i to robię, ale o to, ze jakoś sympatyczniej, jak dziecko uważa, że wszystkie obowiązki są dla ludzi.
Dla własnego (i waszych przyszłych synowych) dobra nauczcie swoich synów prać skarpetki, robić sobie kanapki, nakrywać do stołu, gotować makaron, zmywać naczynia i przygotujcie ich mentalnie, że czasy, ze facet z maczugą gania mamuty, a niewiasta ogarnia obejście i żywność już spreparowaną pod otwór gębowy podtyka -- minęły bezpowrotnie... I nie jest to feminizm, to całkowita norma. Nie domagam się większych praw, domagam się odpępnienia od pewnych obowiązków.
O po tych całkiem przyziemnych obserwacjach czkawką wracają mi modne ostatnio parytety. Skoro nie ma czynności damskich i męskich, podobnie jak nie ma zawodów damskich i męskich (ok, ja się np. na górnika nie nadaję, ale o ile wiem mój ojciec i mój syn też się nie nadają), nie powinno być damskich i męskich pensji (tak, to wkurza naprawdę), tak do parlamentu powinni wchodzić ludzie, którzy chcą, nadają się i mają kwalifikacje, żeby nas reprezentować. Kobiety, które w polityce chcą być i się do niej nadają -- już tam są, bo nikt oprócz ich własnych środowiskowych uwarunkowań im tego nie zabrania. Jedne panie są lepsze, drugie gorsze. Nabór z łapanki, żeby zapełnić listy nic lepszego nie wniesie. I w zasadzie mogę wprowadzić w domu 50% parytet na wyjmowanie ze zmywarki -- jeden kubeczek ty, drugi ja, ale wole nauczyć, że jak zmywarka jest do rozladowania, to trzeba to zrobić. I nie parytety nas równouprawnienia nauczą, ale właśnie to, że brat i siostra mają w domu takie same prawa i obowiązki. Wtedy może siostrze przyjdzie do głowy, że nie musi gotować mężowi, tylko może zająć się polityką, bo obiad dziecku poda
Kiedyś dojeżdżałem do liceum tak, że najpierw drałowałem kwadrans rowerem do kolegi, który mieszkał przy stacji, a dalej razem jechaliśmy pociągiem. Pamiętam, że wprawiło mnie w totalne osłupienie, że przy śniadaniu dookoła kolegi skacze mamusia. Dla mnie, z rodziny, w której każdy szanujący się osobnik wstaje w południe, chyba że absolutnie musi inaczej, była to kompletna abstrakcja. Ja sobie sam śniadanie robiłem chyba już od pierwszej klasy podstawówki... (A od samotnego chodzenia piechotą do szkoły odległej o jakieś półtora kilometra też nic mi się nie stało)
A co do parytetów to za komuny nie było czegoś podobnego? Obywatele z rodzin robotniczych i chłopskich mieli fory nawet jeśli (zwłaszcza jeśli?) osobnicy z rodzin inteligenckich mieli znacznie lepsze predyspozycje.
"Długa pamięć to najbardziej radykalny pomysł w polityce" - szkoda, że nie pamiętam kto to powiedział.