Dlaczego się brzydzę komunikacji miejskiej
Nie urodziłam się w Dużym Fiacie ojca, chyba tylko dlatego, że nie mogłam się zdecydować, czy chcę się urodzić 1 kwietnia, czy też to byłaby już za duża ironia losu. Taka niezdecydowana byłam trzy dni, na szczęście już nie w samochodzie. Matka postanowiła nie mieć więcej dzieci.
I mimo uczuć, delikatnie rzecz ujmując, mocno ambiwalentnych wobec mojego ojca, jeździć z nim samochodem lubiłam zawsze i jednen z najprzyjemniejszych zapachów mojego dzieciństwa, to zapach zimnej tapicerki w dużym samochodzie i zaczynające działać ogrzewanie. Ojciec jeździł od zawsze i efekt tego był taki, że moje pierwsze wspomnienie za kierownicą, to milicjant, który nas złapał na Wisłostradzie, jak kierowałam samochodem z kolan ojca. Miałam trzy lata. Ojciec uważał, że najbezpieczniejsze miejsce dla trzylatka z ADHD, to jego własne kolana i przyznam, że z biegiem czasu coraz mniej mu się dziwię, zważywszy, że nie było wtedy nie tylko fotelików, ale i pasów na tylnych siedzeniach, a antenatka nie pamięta czy były na przednich. Pewnie były, ale na pewno nikt ich nie używał.
Prowadzić samochód nauczyli mnie jak miałam 11 lat, mając 15 spokojnie mogłam powiedzieć, że umiem jeździć i znam przepisy, mając 17 zrobiłam prawo jazdy, a rok później odziedziczyłam pierwszego, leciwego malucha. Od tego czasu jeżdżę. Pozbawiona samochodu nie mam w czym iść do pracy. Przypuszczalnie tak czuje się normalny człowiek bez butów na ulicy.
Jeżdżę i lubię jeździć, prowadzenie samochodu sprawia mi autentyczną, fizyczną przyjemność, przypuszczam, że porównywalną z przyjemnością, jaką część ludzkości czerpie z jedzenia. Jeżdżę czym się da, w porywach miałam cztery bardzo dziwne samochody naraz, po głębszym zastanowieniu zostawiłam dwa -- cywilny i kampera, którego przed następnymi wakacjami wymienię na większy, nowszy i szybszy, żeby pojechać na Dziką Północ.
Kiedyś udało mi się Cinquecento w cztery osoby (niech będzie, że dwie małe) i dwie pary nart przejechać bez zmiennika 1700 km jednego dnia, ale nie planuję tego powtarzać. Wakacje spędzam głównie w samochodzie, potrafię przejechać na jednym wyjeździe od kilku do kilkunastu tysięcy kilometrów, nie męczę się za kierownicą i nie znoszę jeździć nocą, bo uważam, że droga to forma zwiedzania świata.
I nienawidzę komunikacji miejskiej. W okresach kiedy w rodzinie był jeden samochód, który niekoniecznie mnie przysługiwał, jeździłam po mieście rowerem. A czasy to były na rower w mieście dość pionierskie. Te same czasy, kiedy na widok całkiem zwyczajnego roweru górskiego Loża Komentatorów przed GS-em na zabitej dechami Suwalszczyźnie zapytała zdumiona: pani, CO TO? Motorower!? Z czasów rowerowych i bratania się z różnej maści Zielonymi, zostały mi w głowie fragmentaryczne informacje, że rower i komunikacja miejska jest lepsza od samochodu. A już na pewno zdrowsza dla Małej Planety. Co więcej, miałam okazję widzieć miasto, komunikację miejską i infrastrukturę rowerową, która mnie zachwyciła i bez najmniejszych protestów dałam się zaparkować i przesadzić na rower. To był Rotterdam.
Warszawskiej komunikacji miejskiej mówię nie. Infrastrukturze rowerowej nie mam co mówić, bo jej nie ma. Nienawidzę śmierdzących autobusów, wiecznie rozpaczliwie zatłoczonych i jeżdżących całkowicie niezależnie od rozkładów jazdy, zazwyczaj zorganizowanymi grupami. Braku ogrzewania zimą i braku klimatyzacji latem. Nienawidzę konieczności kilku przesiadek, żeby przejechać przez kawałek miasta. Nienawidzę braku informacji czym gdzie mogę dojechać. Nienawidzę metra, za to, że jest go pół metra. Albo niewiele więcej. Nienawidzę psujących się tramwajów. Śmierdzących bezdomnych, grających Cyganów, żebraków, złodziei i chuliganów. Słowem -- nie jeżdżę komunikacją dopóki mogę. Czasami nie mogę i muszę jechać. I zawsze spotyka mnie jakaś mniejsza lub większa przykrość. A jak już zapomnę te przykrości, to ze szkoły wraca ociekający młody z radosną informacją, że mu kierowca zatrzasnął drzwi przed nosem. Udaję wtedy, że nie wiem, że jeździ notorycznie na gapę.
Poświęcę na dojazd do pracy nawet godzinę więcej, żeby w samochodzie mieć ciepło, sucho, wypić kawę i posłuchać radia. A komunikację miejską dotknę jak będzie punktualna, luźna, ciepła i czysta. Od tego mogą zacząć zachęcanie warszawiaków do zostawienia samochodu i skorzystania z autobusu, a nie od buspasów. Kilka lekcji dla kierowców jak się zachowywać wobec pasażerów, też nie zawadzi.
A do tego czasu może się Miasto Warszawa owinąć buspasem i cmoknąć mnie w wydech.
Amen.
W Poznaniu komunikacja miejska była dla mnie oczywistością, w Warszawie korzystam z niej kilka razy w miesiącu, a często gęsto wolę wydać 50 zł na taksówkę. Bo jeden przejazd ZTM to trauma na tydzień.
Jakieś 20 lat za normalną cywilizacją.