Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery

Efekt cieplarniany najdotkliwiej widać w przegrzanych mózgach. Ja wiem, że jeśli masz wrażenie, że otaczają Cię sami idioci, to albo musisz zmienić otoczenie, albo się przeleczyć, ale ja naprawdę, Wysoki Sądzie już nie mogę.
Przyzwyczaiłam się, że jednokierunkowość, synchronizację świateł i ogólną logistykę transportowo-komunikacyjno-parkingową opracowuje się z zakładzie pracy chronionej i zajmują się tum osoby upośledzone umysłowo w stopniu, co najmniej umiarkowanym. Ok, muszę z tym żyć, takie osoby też muszą gdzieś pracować. Bo zwyczajnie nie wierzę, że osoba o ilorazie inteligencji wyższym niż nornica wymyśliłaby taka synchronizację świateł, która zatyka na sztywno całą Wisłostradę od mostu Gdańskiego do wjazdu do tunelu. Nie wierzę i już.
Ostatnio kolejnych geniuszy logistyki zaskoczyła zima. Nie ukrywajmy, moja pierwsza młodość minęła bezpowrotnie, a wg niektórych obliczeń również druga. Zimę pamiętam. Pamiętam nawet tzw. zimę stulecia, czyli 1979/80 i klęskę żywiołową, którą wspominam jako jedne z piękniejszych, całkiem nieoczekiwanych zimowych wakacji. Było cudnie, śnieg spadł, zaspy miałam mniej więcej do nosa, na górce przy restauracji Spotkanie na Krasińskiego nie stał obrzydliwy, zielony apartamentowiec, a z góry w niestrzeżonym parku Żeromskiego można było jeździć na sankach. Szkoły zamknęli, matka spała na materacu u mnie w pokoju, gdzie grzałyśmy piecykiem na butli gazowej, atmosfera była rodzinna, wakacyjna i piknikowa. Dwa lata później w 1981 te dodatkowe ferie nie były już takie urocze, ale śnieg też był niekiepski, tyle, że z sanek trzeba było przed godzina milicyjną wrócić.

Był śnieg. Była zima, to musiało być zimno. Zima pewnie zaskakiwała drogowców, a my jeździliśmy maluchami, które nie tylko nie miały ABSa, ale i przeważnie zwyczajnych hamulców, a o oponach zimowych i łańcuchach śniegowych nikt nie słyszał. I jeździliśmy. Znaczy ja jeszcze wtedy nie jeździłam, ale obydwoje rodzice popylali maluchami bez specjalnych problemów, wozili mnie na ferie, od czasu do czasu wypychali się ze śniegu, a największym problemem były nie „czarne nawierzchnie”, ale to czy ten cholerny Maluch zapali. Żeby zapalił zabierało się na noc akumulator, okrywało silnik gazetami, wyjmowało tylna kanapę, a w jej miejsce montowało rano dmuchawę (tzw. Farelka), bo na zimno Maluch nie zapalał nigdy. A temperatura spadała do -30. Takie to były heroiczne czasy.
A teraz mamy kolejny Atak Zimy (spadło już 20 cm śniegu), dziennikarze TVN24 ustawiając się w dramatycznej pozie patrzą wyzywająco w kamerę i cedzą o poranku — Proszę Państwa!!! jest strrrrasznie zimno. Minus... SIEDEM!

Mamy też parcie na odśnieżanie (współczesne auta jeżdżą tylko po czarnym) i solenie. Efekt jest taki, że zima przestała być śliczna biała, skrząca się i skrzypiąca, a jest obsypana solą i utytłana błotem pośniegowym rozchlapywanym po chodnikach.
Mieszkam przy niedużej ulicy, cały czas tej samej. W te straszne zimy, kiedy bardziej mnie interesowały sanki niż opony zimowe ulice były białe. Śnieg na jezdni rozjeżdzały nasze dzielne Maluchy i po kilku dniach całkiem sprawnie dawało się przejechać po ubitej na kamień śniegowej powierzchni. Pługu, czy nowoczesnej piaskarko-solarki nikt nie widział na mojej ulicy na oczy, a lód się posypywało piaskiem, nie solą. Tak podobno jest w Skandynawii, bo wywieźć pewnej ilości śniegu się zwyczajnie nie da i trzeba się nauczyć po nim jeździć. Taka strefa klimatyczna i kilogramy soli wsypanej w glebę klimatu nam nie zmienią.
Dodatkowo żyjemy w mieście bogatym. Teraz co najmniej raz dziennie przez moją malutką uliczkę przejeżdża piaskarko-solarka, biały puch zamienia się w równie (a może nawet bardziej) nieprzejezdną warstwę burego, słonego błota. Nasze zaparkowane przy ulicy samochody znajdują się między odśnieżonym (przez nas) chodnikiem, a słoną pryzmą usypaną przez pług. Kiedyś sobie miejsce na samochód wykopywałam, rozjeżdżałam, wydeptywałam. Teraz mam solone mokre błocko do kostek i słoną górę do połowy drzwiczek w samochodzie. Wyjechać się nie da , solny okład na oponach w niczym nie pomaga, jest syfiasto i zwyczajnie brzydko. A wszystko dzięki temu, że ludzie nie umieją jeździć po śniegu.

Miałam kiedyś pomysł, żeby na egzaminach na prawo jazdy wprowadzić obowiązkową partię szachów. Jeśli delikwentowi uda się przewidzieć więcej niż dwa ruchy do przodu – nadaje się na użytkownika dróg. Chociaż tak ostatnio myślę, że wystarczyłoby kółko i krzyżyk.

Antyfeminizm i samice alfa

Nie jestem feministką. Wprawdzie twarz mam taką, że Kazia Szczuka, z którą się na pewno nie znamy nawet dużo dalej, odruchowo mówi mi „cześć” na schodach w Agorze. Ale to pozory, bo baby mnie raczej wkurzają. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że wkurzają mnie też faceci. Pełne równouprawnienie.
Wychowałam się w rodzinie, w której tajemnicze kataklizmy dziejowe, ze szczególnym uwzględnieniem wojen i rewolucji, pochłaniały mężów i ojców. Efektem tego młody urodził się jako pierwszy od ponad 120 lat chłopiec w całkowicie sfeminizowanej rodzinie, jako syn matki-wariatki obdarzonej osobliwym, psotnym poczuciem humoru (to chyba cytat z psychiatrycznego opisu turetyków, ale nie dam głowy...). Jak się to odbije na jego delikatnej psychice dowiemy się już wkrótce (stay tuned...). Wstępna ocena głosi, że z młodym nie jest źle, a ja jako głowa rodziny całkiem się sprawdzam, stosując metody tyleż niekonwencjonalne, co skuteczne.

Charakterystyczną cechą rodzin w której nie występuje ojciec rodziny, samiec alfa*, jest brak podziału na czynności damskie i męskie. Rzeczy muszą się dziać, ktoś te półki musi wieszać, gwoździe wbijać, szlifierkę oscylacyjną obsługiwać, koła zmieniać, komputery naprawiać, zawiłości świata objaśniać, po pyskach (zazwyczaj mentalnych) prać. Ale obiad też musi być ugotowany, lokal sprzątnięty, gacie uprane i dziecko do lekcji zagonione. Dymorfizm płciowy w czynnościach domowych nie istnieje. Zwłaszcza, że u nas jak już pojawił się facet, to się okazało, ze gotuje znacznie lepiej niż ja (o to akurat całkiem nietrudno), prowadzić samochodu nie lubi, a na komputerach się nie zna w ogóle. Ok, w budowlance i obsłudze szlifierki kątowej odpadam, ale całość jeszcze bardziej zamazała tradycyjny podział.

I zaprawdę, zaprawdę, powiadam Wam... jeśli wyjeżdżacie z obcym dzieckiem, to sprawdźcie, czy nie pochodzi z rodziny, w której jest tradycyjna mamusia i nie daj Panie, tradycyjna siostra. Bo może się okazać, że dziecko jest miłe i dobrze wychowane, ale wymaga obsługi, do której zupełnie nie jesteście przyzwyczajeni. I nie chodzi o to, że nie mogę powiedzieć: weź sobie herbaty, pozbieraj talerze, opróżnij zmywarkę, bo mogę i to robię, ale o to, ze jakoś sympatyczniej, jak dziecko uważa, że wszystkie obowiązki są dla ludzi.
Dla własnego (i waszych przyszłych synowych) dobra nauczcie swoich synów prać skarpetki, robić sobie kanapki, nakrywać do stołu, gotować makaron, zmywać naczynia i przygotujcie ich mentalnie, że czasy, ze facet z maczugą gania mamuty, a niewiasta ogarnia obejście i żywność już spreparowaną pod otwór gębowy podtyka -- minęły bezpowrotnie... I nie jest to feminizm, to całkowita norma. Nie domagam się większych praw, domagam się odpępnienia od pewnych obowiązków.

O po tych całkiem przyziemnych obserwacjach czkawką wracają mi modne ostatnio parytety. Skoro nie ma czynności damskich i męskich, podobnie jak nie ma zawodów damskich i męskich (ok, ja się np. na górnika nie nadaję, ale o ile wiem mój ojciec i mój syn też się nie nadają), nie powinno być damskich i męskich pensji (tak, to wkurza naprawdę), tak do parlamentu powinni wchodzić ludzie, którzy chcą, nadają się i mają kwalifikacje, żeby nas reprezentować. Kobiety, które w polityce chcą być i się do niej nadają -- już tam są, bo nikt oprócz ich własnych środowiskowych uwarunkowań im tego nie zabrania. Jedne panie są lepsze, drugie gorsze. Nabór z łapanki, żeby zapełnić listy nic lepszego nie wniesie. I w zasadzie mogę wprowadzić w domu 50% parytet na wyjmowanie ze zmywarki -- jeden kubeczek ty, drugi ja, ale wole nauczyć, że jak zmywarka jest do rozladowania, to trzeba to zrobić. I nie parytety nas równouprawnienia nauczą, ale właśnie to, że brat i siostra mają w domu takie same prawa i obowiązki. Wtedy może siostrze przyjdzie do głowy, że nie musi gotować mężowi, tylko może zająć się polityką, bo obiad dziecku poda ojciec. Bo nikt mu jako dziecku nie musiał pod nos podstawiać talerza.

__
* do dzisiaj mnie wzrusza wspomnienie całkiem małego młodego, pasionego kanałem Animal Planet, który dość oszołomionemu weterynarzowi, usiłującemu okiełznać naszego śp. kota Jaśka, tłumaczył „bo proszę pana, u nas w rodzinie jak w rodzinie hien jest SAMICA ALFA”.

Starsze wpisy >>